O żółtym sztormiaku i czerwonych kaloszach, chłopięcym byciu „siężniczką”, szczerości i o tym, w jaki sposób dzieci nadają życiu sens, opowiada Tomasz Kwaśniewski, dziennikarz i pisarz, tata Tosi (15 lat) i Franka (12,5).

Cykl „Być tatą dziewczynki”

Cykl „Być tatą dziewczynki”

Kiedy dowiedziałeś się, że twoja dziewczyna Aga jest w ciąży, chciałeś, żeby urodziła się wam dziewczynka. Dlaczego?

Zasadniczo to ja nie chciałem mieć dzieci. Agnieszka chciała, ja chciałem być z Agnieszką, więc nie miałem wyboru. Skoro już miało się urodzić dziecko, to najlepiej dziewczynka. Wydawało mi się, że to taka nieznana ziemia. Nie wiem, jak to jest być dziewczynką, wiem, jak to jest być chłopcem. Więc raz, że z chłopcem to było mniej ekscytujące, a dwa, że mógłbym mu później mówić, jak należy postępować w życiu, a nie lubię takich rzeczy. A trzy, i to trochę stereotypowe – dziewczynki zawsze wydawały mi się fajniejsze. Całe życie wolałem dziewczyny, nie chodzi nawet o to, że są ładniejsze, ale wdzięczniejsze. Te sukieneczki i różne takie.

No właśnie, w Dzienniku ciężarowca, relacji z okresu oczekiwania na wasze pierwsze dziecko, napisałeś: „Chłopaki to tylko się biją, latają samolotami, buczą i biegają. A dziewczynka się stroi, potrafi usiąść w kawiarni i śmiesznie gada”.

Gdyby wtedy urodził się chłopiec, nie miałbym nic przeciwko! Ale – jak już powiedziałem – wiem, jak to jest być chłopcem. I prawdopodobnie ileś z tych rzeczy, których nie lubiłem, zrobiłbym mu tak samo jak mój ojciec mnie. Oczywiście, uogólniając, to samo zrobiłem pewnie Tosi. Tylko że to jest trochę zagadka, ta dziewczyna.

Nie wiem, co się dzieje w jej głowie. O wiele więcej muszę zapytać, żeby się dowiedzieć.

Ostatnio rozmawialiśmy o wakacjach, że może pojedziemy do Norwegii, powiedziała: „Bardzo chciałabym wtedy mieć czerwone kalosze i żółty sztormiak”. Wydało mi się to takie mega dziewczęce. W takim sensie, że ja nie pamiętam, żebym wyjazd do jakiegoś miejsca powiązał kolorystycznie z ubraniem. Sztormiak rozumiem, kalosze też, ale że to ma być czerwone i żółte, to razem już urocze. Mógłbym być dziewczynką. Dla mnie to jest mega fajne. Tosia ma taki sposób mówienia, myślenia, łapania słów, że mnie się to wydaje ładne. Ta ładność jest związana właśnie z tym, że ona jest dziewczynką. Może są też chłopcy, co tak mają, ale u dziewczynek to jest fajniejsze.

Widzę, że to dziewczęce „ładnie” jest dla ciebie szczególnie ważne. To jest tak, że Tosia bardziej cię zadziwia niż Franek?

Nie, Franek też ma mnóstwo swoich niesamowitości. Ciepło na przykład, zupełnie niezwykłe, takie fizyczne i emocjonalne. To, czy to chłopiec, czy dziewczynka nie ma znaczenia. Wtedy też na dobrą sprawę nie miało, natomiast nie będę szczery, jeśli nie powiem o wszystkich tych rzeczach, które w związku z tym mam w głowie, no bo po prostu je mam i tyle. Przecież wszyscy mamy mnóstwo takich obrazów: blond dziewczynek, rudych dziewczynek, z piegami, z warkoczykami, ze zbitymi kolanami, przerwą między zębami, chłopców z odstającymi uszami, jednym włosem postawionym do góry. W tym roku byliśmy na wakacjach całą rodziną razem z dziadkiem i babcią. I był taki automat, do którego się wrzuca monetę i wypadają kulki z jakimiś przedmiotami w środku. W jednej była figurka Lego. Twarz miała kobiecą, ale nie do końca. W ręku trzymała karabin maszynowy, a w drugiej chyba patelnię. Dziadek zapytał: „To jest pani czy pan?”. Dzieci zaczęły mówić, że to chyba pani, tylko skąd ten karabin, a skąd ta patelnia? A gdzie ma piersi i tak dalej. Stanęło, że to „osoba Lego”. Piętnaście lat temu używanie słowa „osoba” było zdecydowanie rzadsze.

No więc chcesz tę „ładną” dziewczynkę. Pojawia się, ale czytam w twojej książce, że na spacerach  przypadkowo napotkane osoby biorą małą Tosię, ubraną w dresiki, za chłopca! Denerwuje cię to. Ale kiedy kilka lat później Franka ktoś bierze za dziewczynkę, to już ci zupełnie nie przeszkadza. Skąd ci się to wzięło?

Niedawno przeprowadzałem wywiad z prof. Waldemarem Kuligowskim, autorem książki Trzecia płeć, antropologiem. Opowiadał o badaniach robionych w Stanach.

Po narodzinach rodzice byli proszeni o określenie cech swoich dzieci. Wiadomo, wszystkie niemowlaki wyglądają mniej więcej tak samo, ale rodzice dziewczynek mówili: „śliczna”, „radosna”, „wdzięczna”, a chłopców: „silny”, „twardy”. To jest więc opowieść o tym, jak głęboko wchodzi ten binarny podział świata.

I w jego ramach jest też coś takiego, że jak ktoś powie, że twoja córka jest silna, to ty słyszysz, że jest brzydka. Natomiast w przypadku chłopca, jak powie, że jest śliczny, to nie dość, że ma wszystkie te chłopięce cechy, to jeszcze coś ekstra – jest ładny.

A ładność jest cechą pożądaną… Ludzie naprawdę tak myślą? Nigdy mi to nie przyszło do głowy. A dlaczego nie podobało ci się, kiedy Tosia utożsamiała się z Chłopczykiem Blond, opiekunem Reksia, i chciała, żeby tak do niej mówić?

Bardziej chodziło o to upieranie się, że jest Chłopczykiem Blond, tą konkretną postacią, niż o jakąś kwestię związaną z płcią. Z kolei Franek, jak miał trzy, cztery lata, przechodził taki przecudny okres, kiedy nosił Tosi ubrania. Dziś ma dwanaście lat i jest radykalnie chłopięcy. Między nimi jest dwa i pół roku różnicy. Wiadomo, starsza siostra, bawili się razem, ona się tak ubierała, więc on chodził w jej różowej spódnicy z falbanką i mówił, że jest „siężniczka”. Kiedy chodziliśmy na plac zabaw, zabierał ze sobą Tosi wózek dla lalek. Do środka wkładał samochodzik. Albo taką plastikową figurkę, która miała urwaną jedną nogę i zgubiony dół ubrania, a na górze skórzaną kamizelę i czapkę. Przypominała trochę tego siłacza z brodą w skórzanym outficie z Y.M.C.A. Była dość ostra, a Franek mówił na nią „Pan Lala”. Chodził więc w tej spódnicy, z wózkiem i „Panem Lalą” albo samochodzikiem w środku. To było świetne, zupełne pomieszanie! Tylko dziadek miał z tym kłopot. Jak Franek przychodził w tej spódnicy, to pytał go: „Kim ty jesteś?”, na co Franek odpowiadał: „Jestem siężniczką”. Dziadek odmawiał nazywania go w ten sposób, co powodowało łzy i złość. My wtedy mówiliśmy: „No weź, co ci szkodzi? To czterolatek”. Ojciec upierał się, że jest chłopakiem i ważne, żeby to wiedział. Oczywiście kłóciliśmy się i wtedy nie było to dla mnie okej, głównie dlatego, że Frankowi było przykro. Dzisiaj myślę, że fajnie, że jest dziadek, trochę z innego świata, z takim mocnym korpusem, bo to jest informacja, że świat jest złożony. Są ludzie, którzy myślą tak, są tacy co śmak, po prostu.

Pomóż nam wydawać „Kosmos dla dziewczynek” – pismo, które dla mnóstwa dziewczynek jest prawdziwym skarbem!

Pomóż nam wydawać „Kosmos dla dziewczynek” – pismo, które dla mnóstwa dziewczynek jest prawdziwym skarbem!

Przeniosłeś coś z tego, jak cię wychował tata, na swoje ojcostwo?

Mój sposób bycia tatą jest w pewnym sensie opozycją do tego, co proponował mi ojciec. Ostatnio pewna osoba powiedziała mi mądrą rzecz. Ja: „Kurczę, Tośka ciągle się ze mną kłóci, nigdy się nie zgadzamy”. Osoba: „Jakby się nie kłóciła, to byłaby z tobą, a ona chce być sobą”. Zabawne jest to, że chociaż starałem się robić wiele rzeczy inaczej niż ojciec, pewnie nie zauważyłem całej masy tych, które robiłem i robię tak samo. Natomiast te, które zauważałem, chciałem robić inaczej po to, żeby to było moje. To chyba jest taki banalny proces, który towarzyszy wszystkim na świecie. Więc pierwsza odpowiedź na pytanie, co wziąłem od mojego ojca, brzmi: „nic”.

Chciałem być bardziej czuły, uważny, wyrozumiały, jest cała masa tych rzeczy „bardziej”. Oczywiście im bardziej jestem zmęczony, tym mniej mi to wszystko wychodzi.

Przez negację jeszcze – ważne dla mnie było, żeby nie przemawiać, żeby patrzeć na ludzi, jak się do nich mówi, żeby pozwolić im mówić. Żeby było dużo dotyku. Mówienia, że ktoś jest dla ciebie ważny. Mój ojciec jest z tego pokolenia, gdzie kwestia miłości jest dorozumiana. „Jestem twoim tatą” równa się: „Kocham cię na całe życie, synu”. No więc ja lubię to mówić. Poza tym zależało mi na tym, żeby dzieci miały śmiałość w stosunku do mnie, żeby się nie bały, mogły ze mnie żartować, również publicznie.

Robią to?

Czasem nawet za bardzo. Teraz jestem starszy i trochę już tym zmęczony, ale trudno to odkręcić. Zawsze chciałem, żeby mówiły prawdę. To coś takiego, co wyniosłem z domu jako istotne. Tyle że ja nigdy nie uczyłem się dobrze, dostawałem mnóstwo dwój, i jak później w domu musiałem się do tego przyznać, to rodzice mówili, że mam sobie wymyślić karę. Szybko zrozumiałem, że to się absolutnie nie kalkuluje, więc zacząłem kłamać i okazało się, że bardzo dobrze na tym wychodzę. Dziś już nie kłamię, tyle że – to nadal aktualne – dorośli nie chcą słyszeć prawdy.

Mnie na szczerości zależy, choć ona czasem jest trudna do zniesienia.

Na przykład w sytuacjach, kiedy mój syn komunikuje mi, że nie poszło mu najlepiej na klasówce. Nie szkodzi, trója jest okej, ale jednak bym chciał, żeby trochę wyżej stawiał sobie poprzeczkę. Rozmawiamy, on jest szczery w swoich odpowiedziach, tylko one są dla mnie strasznie irytujące, np.: „Nie chce mi się”. Ja: „To co możemy zrobić, żeby ci się zachciało?”. On: „Ty też się dobrze nie uczyłeś”, i tak dalej. Staram się to wytrzymać, pamiętać, że on ma 12 lat, poza tym rzeczywiście jest dużo fajniejszych rzeczy niż wkuwanie dopływów Odry, na przykład granie w piłkę z kolegami. No i tu też są takie rzeczy, które widzę, że przejąłem od ojca, na przykład złoszczę się dosyć szybko, czasem na chwilę się obrażam. Żałuję, że nie dostałem w pakiecie odpowiedzi na to, co robić, kiedy ktoś przekroczył moje granice. Jak sprawić, żeby rzeczywistość była jak trzeba, ale nie odbywało się to za pomocą kar. Nie umiem karać.

To właśnie stawianie granic i pozwolenie na to, żeby dzieci ponosiły konsekwencje swoich działań, przychodzi ci najciężej, jeśli chodzi o bycie tatą?

Po prostu tego nie potrafię. Tosia jest bardzo ogarniętą osobą i w tym sensie nie ma rzeczy, które byłyby trudne. Odkąd zaczęła się sama uczyć w trzeciej czy czwartej klasie, robi to do dzisiaj w taki sposób, jak ja nigdy nie potrafiłem. Później znalazła sobie koszykówkę, dostała się do liceum, do jakiego chciała. Ma te piętnaście lat i sobie chodzi po świecie. Wygląda na to, że zajdzie tam, gdzie będzie jej się podobało. Trochę się kłócimy, ale już zrozumiałem, że tak po prostu musi być. Z drugiej strony zawsze zależało mi na tym, żeby dzieciaki czuły, że mogą mieć swoje odrębne zdanie, wyrażać je wprost. Też zawsze o wszystkim z nimi rozmawiałem, nie uważam, że są tematy nie dla dzieci, tylko trzeba im to mówić w sposób odpowiedni. Teraz czasami mam tak, że chciałbym, żeby Tosia przyznała mi rację. Albo inaczej: żeby czasem powiedziała, że ona jej nie ma. Bo jej zdaniem ma zawsze.

Dużo piszesz o wspólnych zabawach. Jesteś jednym z tych ojców bardziej od zabawy niż od obowiązków?

Mamy ścisły podział obowiązków z Agnieszką, moją kochaną żoną, w sensie: dzień za dzień. Czyli jednego dnia ja robię wszystko, następnego ona i tak dalej. Wtedy ogarnięcie domu, obiadu, kolacji należy do jednej osoby, co też pozwala, żeby ta druga nie wtrącała się w organizację czasu. To jest połączone z dyżurami dzieci, każde z nas w „swoim dniu” ma pomocnika. Kiedy jeszcze nie było takiego podziału, ja rzeczywiście dużo więcej bawiłem się z dziećmi, bo też bardzo to lubiłem. Ale to wymaga czasu, energii.

Teraz już trochę zdziadziałem, mamy mniej kontaktu. Wyrzucam sobie nawet, że tak dziadzieję. Wiem, że później będę tego żałował, ale czasem się opędzam, nie mam siły, ochoty.

A teraz uwaga, uogólnienie: moim zdaniem kobiety mają częściej problem z czerpaniem przyjemności z życia. Można rozwieszać pranie i rozwieszać pranie. Można to robić, bawiąc się albo z zaciśniętymi zębami. Oczywiście to zawsze jest kwestia tego samego – czasu. Trudno od kogoś, kto musi uprać, zrobić obiad, pracować zawodowo, wymagać, żeby jeszcze robił to zabawowo.

Zauważasz jakieś różnice w tym, jak wychowujesz jedno, a jak drugie dziecko?

Obserwuję, na przykład na plażach, bo to dobre pole do obserwacji, że synowie są bardziej chronieni przez matki niż dziewczynki. U nas też tak jest. Agnieszka jest bardziej z Frankiem, a ja bardziej z Tosią – jak jest draka, bo ktoś kogoś kopnął, popchnął i tak dalej, powstają dwa obozy. W takich momentach odwołuję się do rozsądku żony albo ona do mojego. Jest też kwestia, którą mamy do dziś nierozwiązaną, a mianowicie jak Tosia ma się bronić? Czy kiedy ktoś ją zaczepia, w szczególności Franek ją wali, ma mu powiedzieć: „Zostaw” czy dać w zęby? Franek ma to w odruchu. Jak jest spór między nimi, Tośka może mu nagadać, doprowadzić go do psychicznego unicestwienia, a on od razu kop, szarpnięcie, podcięcie – słowem fizyczna walka. Patrząc na to bez żadnego wartościowania, wydaje mi się, że to jest wpisane głęboko w jakieś kulturowe wzorce. I teraz, czy mam powiedzieć Tosi, żeby takiego kogoś kopnęła, czy: „Nie wolno nikogo bić”? Zasadniczo nie stosujemy przemocy, ale może są jakieś sytuacje, w których wolno? Staram się też im mówić, jak również pokazywać, że tata nie zna rozwiązań wielu problemów, moja wiedza kończy się bardzo szybko i to jest właśnie tego przykład.

A co jest najfajniejsze w byciu tatą?

Co do zasady, myślę tak: życie jest bardzo ciężkie i żaden człowiek, który jest w miarę rozsądny, nie żyłby specjalnie długo, bo to jest po prostu gehenna. Ilość przykrości, wysiłku, jaki musisz włożyć w życie, to w pewnym momencie zwyczajnie przestaje się kalkulować. Odkąd są dzieci, nie mam tego typu rozterek, to znaczy mam, ale wiadomo, że się nie zabiję.

Wszystkie rzeczy pod tytułem: „Ojejku, jak mi się nie chce wstać, ojejku, jak mi się nie chce robić obiadu, ojejku, jak mi się nie chce pracować, o kurczę, znowu jesień, już nie mogę”, zostają ucięte. Muszę robić te rzeczy, a skoro muszę, to może bym się jakoś nimi ucieszył, bo bez sensu coś robić i przez sześćdziesiąt lat smucić się z tego powodu.

Dzieci dodatkowo spowodowały, że jest jeszcze więcej roboty, niż kiedy ich nie było, w związku z tym trzeba się bardziej koncentrować na chwilach, które masz dla siebie. Pamiętam na przykład odprowadzanie Tosi do przedszkola: zostawiałem ją i idąc do pracy, patrzyłem na słonko, paliłem papierosa, wykorzystując tę chwilę, że jestem sam, kontemplowałem, jak jest zajebiście. Później przychodzi też cała masa takich gratyfikacji, jak to w życiu: śmieszne wspólne zdarzenia, perypetie, awantury i to wszystko, co jest zwyczajnie fajne, a co by się nie wydarzyło, gdyby nie było dzieci. Czyli wzruszenia, kiedy twoje dziecko pierwszy raz śpiewa albo jeździ na łyżwach. Pamiętam na przykład niesamowity moment, kiedy pierwszy raz dostałem od nich prezent na gwiazdkę – nie zrobiony, tylko kupiony za ich własne pieniądze. Jeszcze bardziej mnie wzruszyło, że kupili prezenty sobie nawzajem.

Dużo: drobne gratyfikacje, poczucie sensu życia (!), możliwość doceniania tu i teraz – brzmi dobrze.

To się sprowadza do ciągłości trwania. Mówisz sobie: „Jaka kochana rodzina”, dzięki temu to wszystko się trzyma. W innym przypadku by ci się nie chciało na przykład tyle pracować. Weźmy takie kupowanie butów. W sumie musisz kupować około sześciu par rocznie, zanim dzieciom urosną stopy: na jesień, do szkoły, na sport, na zimę, wiosnę, na lato. Czyli musisz zarobić na dwanaście par w ciągu roku w przypadku dwójki dzieci. Do tego spodenki, koszulki, kurteczki – taka, taka i na deszcz, rękawiczeńki, szaliczeńki. Harujesz na to wszystko, ale przynajmniej wiesz, dlaczego to robisz.
Moje dzieci wiedzą, że nie chciałem mieć dzieci. Są, to super. Ale wiele razy miałem myśli, jak by było zajebiście, gdyby nie było ich, nikogo. Byłbym sobie sam, miałbym tyle pieniędzy… Mam nadzieję, że to są zwyczajne myśli, jak najzwyczajniejsze.

Tomasz Kwaśniewski (rocznik 1973) – reporter „Dużego Formatu”, autor książek Dziennik ciężarowca (2007) oraz Dziennik taty (2010), a także Jedno oko na Maroko, Czasem czuły, czasem barbarzyńca (wspólnie z Jackiem Masłowskim), W co wierzą Polacy. Tata obecnie piętnastoletniej Tosi i dwunastoletniego Franka, mąż Agnieszki.

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!