To nie jest tekst o wadach i zaletach edukacji domowej. Ani o tym, kto się w homeschoolingu odnajdzie, a kto nie. To tekst o tym, dlaczego wolność wyboru jest wartością, która służy wszystkim. Zarówno rodzicom dzieci, które dziś uczą się w ramach edukacji domowej (a jest ich według różnych danych 18–30 tys.), jak i rodzicom dzieci pozostającym w obrębie edukacji systemowej, nauczycielom i nauczycielkom, edukatorom i edukatorkom – wszystkim tym, którym zależy na jakości edukacji w Polsce. I przede wszystkim – dlaczego wolność wyboru jest istotna dla uczniów i uczennic. Obecnych i przyszłych.
Zacznę od wyznania – nigdy nawet przez chwilę nie rozważałam edukacji domowej dla moich dzieci. Cenię niezależność czasową, którą daje mi ich pobyt w placówkach, a szkoły, do których moje dzieci uczęszczają, choć „tradycyjne”, uważam za dobre dla nich miejsca. Bednarska Szkoła Realna – liceum, które prowadzę – działa na zasadach zwykłej placówki stacjonarnej, choć ze zmienionym nieco programem. Mamy dodatkowe przedmioty, rezygnujemy z ocen liczbowych, ale lekcje odbywają się w oparciu o stały plan.
Skąd więc mój głęboki sprzeciw wobec projektu ustawy zmieniającej Prawo Oświatowe, który właśnie trafił do sejmu? Zanim wyjaśnię – uporządkujmy kilka faktów.
Dlaczego edukacja domowa się rozwija, a nie zwija?
Edukacja domowa to sytuacja, w której rodzice decydują się wziąć na siebie odpowiedzialność za spełnienie obowiązku szkolnego przez ich dziecko (obowiązek szkolny obejmuje dzieci i młodzież między 6. a 18. rokiem życia). Jedynym zobowiązaniem ucznia/uczennicy pozostaje wtedy zdanie rocznych egzaminów z przedmiotów objętych podstawą programową w szkole, która została wskazana przez rodziców. Taka możliwość pojawiła się w polskim prawie w 1991 r., ale aż do niedawna korzystało z niej niewiele rodzin.
Ile dzieci obejmuje obecnie edukacja domowa? Według portalu dane.gov.pl z lutego 2022 r. – 18 tys. [1]dane.gov.pl, według danych z końca września 2022 z Systemu Edukacji Oświatowej, na które powołuje się m.in. Stowarzyszenie Edukacji w Rodzinie – już ponad 30 tys. [2]www.facebook.com/edukacjawrodzinie, na podstawie danych z sio.gov.pl.
Na gwałtowny rozwój edukacji domowej w Polsce wpłynęło kilka faktów. Po pierwsze blisko dwa lata edukacji zdalnej pokazały, że tradycyjna szkoła ma wiele sztywnych założeń i słabo się dostosowuje do indywidualnych potrzeb uczniów i uczennic – np. takich, którzy mają szczególne zainteresowania albo specjalne trudności.
Po drugie, pojawiło się wiele szkół, które wyspecjalizowały się we wspieraniu edukacji domowej, tworząc platformy z materiałami, system konsultacji i przyjaznych egzaminów. Powstały także szkoły demokratyczne czy mikroszkoły, gdzie dzieci spotykają się codziennie, ale bez sztywnej siatki godzinowej, na co pozwala im edukacja domowa. Wreszcie, po trzecie, pojawiła się grupa nauczycieli i nauczycielek, którzy uwierzyli, że dla nich wyjście ze sztywnych ram też będzie bardziej satysfakcjonujące niż dotychczasowa praca. Wchodzą w rolę mentorów i mentorek, wspierają w samodzielnym uczeniu się.
Planowana ustawa uderza przede wszystkim w te wyspecjalizowane szkoły, nakładając na nie limity, które sprawiają, że będą mogły objąć swoim wsparciem o wiele mniej uczniów i uczennic niż teraz. Powodem są oczywiście pieniądze. Mimo że subwencja oświatowa pobierana na ucznia/uczennicę w edukacji domowej jest niższa niż w szkole publicznej, to samorządy – widząc, że szkoła nie ma swojej siedziby w postaci tradycyjnego, solidnego budynku – zaczynają podejrzewać oszustwo. Stąd pewnie komentarze ministra Czarnka o „mafii oświatowej”.
Różnorodność zamiast standaryzacji
Wróćmy do kwestii mojego poparcia dla szkół, które wyspecjalizowały się w prowadzeniu homeschollersów (a więc rozkładaniu parasola nad dziećmi i młodymi ludźmi będącymi w edukacji domowej) i są w stanie przyjąć ich w dużej liczbie.
Po latach doświadczeń – najpierw jako uczennicy, potem nauczycielki, a wreszcie dyrektorki – wierzę, że w edukacji chodzi o wolność. Tylko wolni ludzie widzą w szkole, jakakolwiek by nie była, narzędzie rozwoju, spełniania potrzeb poznawczych i społecznych.
Gdy patrzymy na ogół ludzi dorosłych, widzimy, że pracują nie tylko w różnych zawodach, ale też w różny sposób – na etacie, prowadząc własną działalność, zdalnie, stacjonarnie, hybrydowo. Negocjują warunki ze swoim pracodawcą czy pracodawczynią, czasem zmieniając zatrudnienie. Skąd więc pomysł, że wszyscy uczniowie i uczennice potrzebują tego samego systemu?
Przez całą swoją edukację lubiłam szkołę. Fakt, że lubię codziennie przebywać w grupie ludzi, zadecydował, że realizuję się zawodowo właśnie w takiej instytucji. Wiem jednak, że są osoby, dla których przebywanie na co dzień wśród tak wielu bodźców to realne cierpienie, a osławiona „socjalizacja”, pełna drugiego życia grupy, kończy się silną fobią społeczną. Ile osób w edukacji domowej – tyle powodów. Stoją za tym: potrzeba spokoju, czasu na rozwijanie zainteresowań, czasu na zdrowienie… Decyzja o homeschoolingu, wymagająca przecież od rodziny wzięcia odpowiedzialności, jest zwykle efektem przemyślanej decyzji, czasem wynikającej z potrzeby danej chwili. Przykład z życia – grupa ósmoklasistów ze szkoły, która miała problemy kadrowe, zdecydowała się przygotowywać do egzaminów w formie edukacji domowej. Kolejny rok rozpoczęli już w wybranych przez siebie publicznych liceach.
Jako dyrektorka sama polecam edukację domową osobom, dla których codzienne bycie w szkole jest zbyt dużym obciążeniem. I cieszę się, że istnieją szkoły, które lepiej niż moja wesprą te osoby. Różnorodność to błogosławieństwo, a przekonanie, że edukację można do granic wystandaryzować – szkodliwy mit.
Uczyć się przez doświadczenie – swoje i innych
Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na aspekt innowacyjności. Edukacja domowa jest wybierana przez rodziny oraz nauczycielki i nauczycieli, którzy poszukują dla siebie nowych rozwiązań, np. nauki w mniejszych grupach, w przyrodzie, w grupach różnych wiekowo. Często powodem jest utrudniony ze względu na miejsce zamieszkania dostęp do innej niż tradycyjna formy edukacji.
Nagle tam, gdzie od zawsze istniała jedna szkoła, w której od lat uczą te same osoby, pojawia się grupa edukacyjna, która uczy się inaczej. To budzi zdziwienie: najpierw dystans, a potem zaciekawienie. W ten sposób rozpowszechniają się nowe idee. Coraz więcej osób widzi, że można się uczyć inaczej.
Tak samo, jak w wyniku akcji społecznej ponad 25 lat temu kobiety zobaczyły, że można inaczej rodzić. Po ludzku. Taka sama zmiana powinna dotknąć edukacji.
Ostatnie lata pokazały nam dobitnie, że argument „zawsze tak było” można wyrzucić do kosza. Kiedy z dnia na dzień kazano się uczniom i uczennicom przystosować do edukacji zdalnej po to, aby przez dwa lata trzymać ich w domu, nikt z władz oświatowych nie czuł się w powinności sprawdzać, jakie będą tego konsekwencje. Edukacja domowa to podejmowany w wolności wybór całych rodzin, aby często metodą prób i błędów dochodzić do rozwiązań, które najlepiej służą konkretnej osobie. My, wszyscy pozostali, korzystamy z tego doświadczenia. Choć może trudno w to uwierzyć, edukacja może być pasją zarówno dla uczących się, jak i tych, którzy uczą. To, co można zrobić, to pozwolić grupom ludzi robić szkołę taką, jakiej pragną. W wolności.
Źródła
↑1 | dane.gov.pl |
---|---|
↑2 | www.facebook.com/edukacjawrodzinie, na podstawie danych z sio.gov.pl |