O kolekcjonowaniu rzeczy, „bezsensownych” wydatkach i zaufaniu do dziecięcych wyborów rozmawiają Alicja Niewęgłowska i Marysia Majewska, mamy i trenerki Familylab.

Alicja Niewęgłowska: Dzieci dostają kieszonkowe, czasem jakieś pieniądze od dziadków. Kto ma decydować, na co wydają swoje oszczędności?

Marysia Majewska: Myślę, że właśnie dzieci. Jakiś czas temu u mojej córki w przedszkolu był szał na te małe laleczki z dużymi głowami i kolorowymi włosami. Wszystkie dziewczynki je miały, ona też chciała, m.in. po to, żeby brać udział we wspólnych zabawach. I chociaż te lalki mi się nie podobają, a dodatkowo są naprawdę absurdalnie drogie, nie protestowałam, gdy zdecydowała się zbierać na nie pieniądze. Ale kiedy chce, żebym jej kupowała takie laleczki bez okazji, to już inna sprawa. To kwestia mojego przywództwa. Mogę jej powiedzieć, że nie chcę tego zrobić, ale bez oceniania jej pragnienia, tzn. bez mówienia: „Nie kupię ci tej lalki, bo ona jest głupia i w ogóle to bez sensu, że tego chcesz”. Mogę za to powiedzieć: „Widzę, że tego chcesz, i możesz zbierać na to pieniądze”.

Alicja: Z jednej strony zgadzam się z tobą. Jeśli dziecko chce na coś oszczędzać, szczególnie jeśli to coś ma – z dorosłego punktu widzenia – absurdalną cenę, jak te laleczki, to OK. Ale z drugiej strony, myślę o szerszym mechanizmie – na rynek trafia teraz mnóstwo takich zabawek, które dzieci mają kolekcjonować. Nie chodzi już o to, żeby mieć tę jedną, wymarzoną laleczkę, ale żeby zgromadzić całą serię. A za kilka miesięcy pojawi się następna, nowa kolekcja i dzieci znów zapragną te rzeczy mieć. Wszystkie. Komplet. Może warto pytać dziecko, o co chodzi, gdy mówi o tych laleczkach? Czy bardziej o to, że chce się nimi bawić, czy je mieć? Gromadzić?

Marysia: Oczywiście, warto o tym rozmawiać. Ale musisz być gotowa na to, że usłyszysz: „Chcę mieć taką laleczkę, bo wszystkie dziewczynki mają”.

Alicja: No i to też jest jakiś argument.

Marysia: Tym bardziej że z punktu widzenia rozwojowego to normalne, gdy dziecko chce być częścią grupy i chce robić to co inni. A jeśli usłyszysz, że twojemu dziecku się coś po prostu podoba? To przecież bardzo ważne! Nawet jeśli tobie to coś nie podoba się w ogóle. Myślę jeszcze o tym zbieractwie – moje dzieci też przez to przechodziły. Były laleczki LOL, były zingsy. Przyglądałam się i widziałam, że nie tylko chcą je mieć, ale też się nimi bawią. I nigdy nie było tak, że jak nie zdobędą jakiejś konkretnej figurki, to będzie tragedia.

Alicja: To kwestia naszej uważności.

Marysia: Tak, dobrze przyglądać się temu, czy zbieranie i konieczność posiadania jakiejś konkretnej rzeczy nie zastępują dziecku czegoś innego. A może myśli, że jeśli nie będzie czegoś miało, zostanie wykluczone z grupy? Wtedy powinna się nam zapalić lampka ostrzegawcza – to jest coś, o czym warto porozmawiać. A może być też tak, że to tylko przejściowa faza. Najpierw są figurki, potem laleczki, potem coś innego. Pomyśl też choćby o Lego. Niektórzy zbierają te klocki, są ciągle nowe kolekcje, a nadal uważamy, że to przecież fajna, wartościowa, choć droga, zabawka.

Alicja: Czuję, że do niektórych zabawek mamy „zaufanie” i większą gotowość, by wydawać na nie pieniądze. Wiemy przecież, że z klocków można zbudować wiele rzeczy, długo się nimi bawić. A w przypadku innych, choćby tych plastikowych figurek, trudno nam uwierzyć, że dzieci znajdą na nie jakiś swój sposób. A często znajdują. No i jest też sprawa ceny. Kupienie synowi jednej figurki za 4 zł, gdy poprosi o nią w sklepie, jest dla mnie OK. Ale laleczki za 50 zł córce nie kupię. A przecież to kwestia przypadku, że on zbiera coś za kilka, a ona za kilkadziesiąt złotych.

Marysia: To kwestia twojej decyzji – wydanie 4 zł jest w porządku, a 50 zł już nie. I nie musisz tłumaczyć tego dzieciom. Możesz im powiedzieć, że 50 zł to dla ciebie za dużo i mogą same sobie oszczędzać na te droższe rzeczy. U nas przez moment było nawet tak, że dzieci co tydzień, zamiast kieszonkowego, chciały dostawać po jednym zingsie. Ale potem same powiedziały, że już mają ich wystarczająco dużo i znów chcą dostawać pieniądze. Teraz mój syn zbiera na Lego i jesteśmy tak umówieni, że jak uzbiera sobie na jakiś zestaw, to ja zapłacę za przesyłkę.

Alicja: W tym zbieractwie frapuje mnie jeszcze jedna rzecz. Ostatnio dowiedziałam się, że są takie zakładane przez dorosłych grupy na Facebooku, na których rodzice wymieniają się figurkami i sprzedają je. I są osoby gotowe zapłacić za zingsa 50 czy 100 zł, bo jest „unikatowy”. A ja pamiętam, że kolorowymi karteczkami, które wszyscy kiedyś zbieraliśmy, wymieniałam się na przerwie w szkole z innymi dziećmi i rodzice nawet nic o tym nie wiedzieli.

Marysia: I tu pojawia się pytanie o to, czyje teraz jest to zbieranie – dzieci czy rodziców?

Alicja: Słyszę czasem, że producenci zabawek tworzą nowe kolekcje, wykorzystując dziecięcą chęć zbierania. A na tych grupach widać, że taka chęć jest i w dorosłych.

Marysia: Pamiętam, jak kilka lat temu był szał na pet shopy i też można było kupić w internecie „kolekcjonerską” figurkę za ogromne pieniądze. Mówiłam wtedy córce, że jeśli chce ją mieć, to musi wydać swoje pieniądze. Inna sprawa, że sama nie mam natury zbieracza. Moje dzieci w sumie też nie mają za bardzo tej kolekcjonerskiej żyłki.

Alicja: I nie zbierałaś nawet naklejek z wafelków Kukuruku?!

Marysia: Nie, ja w ogóle tego nie czułam i może dlatego moje dzieci też nie mają zacięcia do kolekcjonowania? Ale rzeczywiście pamiętam z dzieciństwa te kolorowe karteczki, o których wcześniej wspomniałaś.

Alicja: Na notesy z takimi karteczkami szło moje kieszonkowe!

Marysia: Jedni mają większą potrzebę zbierania, inni mniejszą i to jest OK. Warto jednak zwracać uwagę na to, dlaczego zgadzam się albo się nie zgadzam na to, żeby dzieci coś sobie kupiły. Jeśli odmawiam, to co jest powodem odmowy? A jeśli się zgadzam, to czy faktycznie to jest dla mnie w porządku, czy boję się odmówić?

Alicja: Właśnie! Myślę, że gdyby mój syn przyszedł teraz i powiedział, że ma już uzbierane 200 zł i chce je wydać na zingsy, to nie wiem, czybym się powstrzymała przed jakimś komentarzem. Bo nie chcę, żeby on na to tyle wydawał!

Marysia: A z drugiej strony, gdyby chciał je wydać na fajne klocki…

Alicja: No właśnie, wtedy bym się nie wtrącała. Czyli chodzi tu o nasze przekonania…

Marysia: Ale wiesz, to są jednak jego pieniądze. Uważam, że nic cię tak nie uczy myślenia o wydawaniu pieniędzy jak wydawanie ich na beznadzieje rzeczy. Mam takie doświadczenia z moimi dziećmi. Chciały na coś wydać, ja wiedziałam, że to jest beznadziejne, ale to były ich pieniądze i mogły nimi dysponować. Potem były sfrustrowane i mówiły, że to, co kupiły, jest beznadziejne. Albo pytały mnie z wyrzutem: „Dlaczego pozwoliłaś mi to kupić?”. A odpowiedź jest prosta: „Chcieliście kupić, wydaliście pieniądze i teraz ich nie macie”. To jest lekcja zarządzania pieniędzmi. Jako dorosła też się z tym mierzysz.

Alicja: No mierzę się, choćby kiedy kupuję piękne buty na obcasie, których nigdy nie założę.

Marysia: Całe życie się tego uczymy. Dobrze, gdy dzieci zaczną się uczyć już w dzieciństwie, w bezpiecznych warunkach i ze wsparciem z naszej strony. Niech wiedzą, że to OK, że czasami kupisz coś beznadziejnego. A naturalna konsekwencja jest taka, że nie masz tych pieniędzy, które wydasz. I już.

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!