O tym, komu łatwiej błyszczeć (i kto błyszczenie bardziej docenia), o etykietkach, które mogą ograniczać dzieci, o szanowaniu ich temperamentów i praktykowaniu uważności mówi dr hab. Maciej Stolarski, profesor w Katedrze Diagnozy Psychologicznej i Psychometrii Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Ekstrawersja, introwersja – czy to sensowne i naukowo poparte rozróżnienie?

Wśród badaczy osobowości istnieje już konsensus, że sztywne rozróżnienie na ekstrawertyków i introwertyków, a jeszcze gorzej: choleryków, sangwiników i tak dalej zupełnie nie broni się empirycznie. Właściwie wszystkie cechy osobowości w populacji mają tzw. rozkład normalny. To znaczy, że mamy tu do czynienia z krzywą Gaussa, a cały środek „dzwona” to osoby, które nie są ani ekstrawertykami, ani introwertykami, zaś te skrajne, które faktycznie moglibyśmy określić mianem ekstrawertyków i introwertyków, stanowią mniejszość.

Mnie podoba się pojęcie „ambiwersji”, bo wybija nas z myślenia dwukategorialnego i pokazuje, że w większości przypadków nie jesteśmy ani wyłącznie introwertyczni, ani ekstrawertyczni, raczej trochę tacy, trochę tacy.

Większość cech, które uznajemy za osobowość czy temperament, mówi nam przede wszystkim o tym, że mamy tendencję do zachowywania się w dany sposób, ale ona nie determinuje naszego zachowania w całości, raczej odzwierciedla środek ciężkości – sposób funkcjonowania, do którego „grawitujemy”. Jednak repertuar zachowań mamy pełny.

Dlatego jedni bardziej boją się wystąpień publicznych niż inni?

Introwertyk funkcjonujący ekstrawertywnie czuje się nie do końca na swoim miejscu. Z drugiej strony, wielu introwertyków może wygłosić świetny i atrakcyjny wykład przed liczną publicznością. Chodzi więc raczej o pewną tendencję do tego, gdzie czuję, że jest moje miejsce, tyle że nie w sensie fizycznym, ale w sposobie funkcjonowania.

Sam używasz teraz tych określeń…

Ale skupiając się wyłącznie na ekstrawersji czy introwersji, bierzemy jedną część naszej osobowości i zostawiamy w tle całą resztę, a do osobowości trzeba podchodzić całościowo. Właściwie we wszystkich jej modelach bazujących na teorii cech, niezależnie od tego, czy wyróżniają ich trzy, pięć, czy szesnaście, pojawiają się dwa podstawowe wymiary: ekstrawersja/introwersja oraz neurotyczność/stabilność emocjonalna. Przy ich specyficznych rozkładach, np. wysokiej ekstrawersji i wysokiej neurotyczności, mamy do czynienia z osobami, które ze względu na to, jak funkcjonują, za Hipokratesem zwykliśmy nazywać cholerykami/choleryczkami. A przy niskiej ekstrawersji i wysokiej neurotyczności – melancholikami/melancholiczkami. To, jak radzą sobie i funkcjonują introwertycy/introwertyczki i ekstrawertycy/ekstrawertyczki, zależy zatem od poziomu neurotyczności, który – jeżeli chodzi o szczęśliwe życie, radzenie sobie ze stresem i częstotliwość doświadczania trudnych emocji – okazuje się dużo istotniejsza.

Jeśli jednak nie mamy skłonności do doświadczania silnych, trudnych emocji, zarówno ekstrawersja, jak i introwersja będzie tylko drogowskazem. Będziemy wiedzieli, co wolimy, ale brak tego nie będzie nas aż tak mocno poruszał.

Natomiast jeśli jako introwertycy jednocześnie jesteśmy neurotyczni, zapewne będą nas stresowały, nawet przerażały wystąpienia publiczne. Podobnie jako neurotyczni ekstrawertycy, np. w sytuacji braku możliwości kontaktów z innymi, jak w covidowym lockdownie, poradzimy sobie o wiele gorzej niż ekstrawertycy nieneurotyczni, a także, co ciekawe, gorzej niż introwertycy, dla których sytuacja izolacji społecznej będzie w ogóle mniej niekomfortowa, niezależnie od poziomu neurotyczności.

Twoim zdaniem takie etykietki mogą zaszkodzić dzieciom?

Tak. My, korzystając z nich, upraszczamy sobie rzeczywistość, próbujemy ją ustrukturyzować. Opisujemy funkcjonowanie konkretnych osób, bo kiedy coś jest przewidywalne, czujemy się bardziej komfortowo i bezpiecznie. Ale dążenie do tego, żeby wszystko było nazwane i uporządkowane, wstawia nas i nasze myślenie w pewne ramy, które mogą być ograniczeniem.

To nie tak, że zauważenie pewnej naszej dyspozycji jest czymś złym, ale używanie tego rodzaju etykiet może prowadzić do stereotypizacji i ograniczania myślenia i działania – zarówno w odniesieniu do siebie, jak i własnych dzieci. Tylko wtedy, kiedy masz świadomość, że owszem, to twój lub twojego dziecka preferowany sposób funkcjonowania, ale twój sposób działania zależy od ciebie, świadomość ta może być atutem, a nie ograniczeniem.

Bo chociaż nie mamy wpływu na czynnik genetyczny, a to około 40 procent, to pozostałe 60 procent wynika z innych czynników. Poza tym niezależnie od profilu osobowości, mamy możliwość samoregulacji zachowania. Możemy się „przełączyć” i przynajmniej czasowo funkcjonować tak jak osoba o innym profilu osobowości. Być może będzie to dla nas bardziej energochłonne czy – na dłuższą metę – niekomfortowe. Na przykład dla ekstrawertyka stała koncentracja na zadaniu będzie trudna, będzie go więcej kosztowała niż introwertyka. Naukowcy ekstrawertycy mają często trudności, żeby przez dłuższy czas skupić się wyłącznie na pracy naukowej.


Fotografia: Monstera, Pexels

Jednak zachodni świat faworyzuje ekstrawertywny sposób funkcjonowania, to, że ktoś lubi błyszczeć.

Rzeczywiście jest tak, że kultura zachodnia różni się od kultur Wschodu przekonaniami odnośnie do źródeł szczęścia, np. w USA za najbardziej pożądane uważa się emocje „pozytywne” o wysokim poziomie aktywacji, podczas gdy w Chinach za stan optymalny uznaje się taki, w którym emocjom „pozytywnym” towarzyszy niski poziom pobudzenia. Na to wszystko nakłada się jeszcze indywidualizm, który faworyzuje „błyszczenie”, czyli sukces, rozumiany jako bycie lepszym od innych, wyjątkowym.

Ekstrawersja sprzyja „błyszczeniu” w tym sensie, że o ekstrawertykach już po chwili znajomości możemy powiedzieć dużo więcej, dostrzegać ich mocne strony itp., ze względu na większą ekspresyjność.

Trudno o docenienie kogoś, kogo nie znamy – stąd w świecie stawiającym na piedestale „geniusz” czy „talent”, zyskują przede wszystkim ci, u których ten talent wyraźnie widać. Ale gotowość do pokazywania siebie to niejedyny aspekt ekstrawersji. W ujęciu tzw. wielkiej piątki (pięcioczynnikowy model osobowości) wymienia się sześć podwymiarów każdej z cech. W przypadku ekstrawersji są to: serdeczność, towarzyskość, pozytywna emocjonalność, aktywność, poszukiwanie doznań i asertywność, rozumiana nie jako mówienie „nie”, tylko amerykańskie assertiveness, odnoszące się do tendencji przywódczych. Introwersja to jednak nie tyle przeciwieństwo, ile niższe nasilenie tych przymiotów. Ekstrawersja to wysoki koniec wymiaru, a introwersja niski – niskie poszukiwanie doznań, niższe „bazowe” nasilenie emocji „pozytywnych”. Nie znaczy, że ich nie ma, ale jest ich zdecydowanie mniej lub ich intensywność jest niższa. Znalezienie się na jednym z krańców wymiaru ekstrawersji sprawia, że łatwiej adaptujemy się do pewnych warunków, zadań, zawodów. Nie jest tak, że jeden z nich jest lepszy, a drugi gorszy.

Może społeczeństwo, świat mediów czy gwiazd promuje ekstrawertywny wzorzec, ale tylko niektóre zawody wymagają predyspozycji, którymi cechują się osoby ekstrawertywne.

Dużo mówi się o stygmatyzowaniu introwersji z racji trudności z ekspozycją społeczną, ale moim zdaniem to dotyka przede wszystkim neurotyków. Oni są w najgorszej sytuacji – łatwo się stresują, mają większą skłonność do depresji. Ekstrawertywnej Zuzi łatwiej jest pokazać swoją wiedzę, jeśli jest przygotowana do zajęć, niż introwertywnej Tosi, która niechętnie odzywa się na forum grupy. Ale owa trudność dotyka przede wszystkim neurotycznych introwertyków.

Stabilny emocjonalnie introwertyk, jeśli uzna, że warto pokazać swoją wiedzę, zrobi to bez większego problemu, choć może moment bycia w centrum uwagi nie da mu takiej satysfakcji jak ekstrawertykowi.

Z kolei introwertykowi łatwiej będzie czerpać zadowolenie w sytuacji, w której poziom sytuacyjnej stymulacji czy ekspozycji społecznej jest niezbyt wysoki – np. podczas pracy nad artykułem naukowym czy dziełem sztuki.

Susan Cain w książce poświęconej introwersji Ciszej, proszę… mówi o tym, że jedną z głównych cech introwersji jest nadmierna stymulacja sensoryczna.

Chodzi o poziom aktywacji korowej – większe wyjściowe pobudzenie układu nerwowego u osób introwertywnych. Jeżeli naturalnie mam wyższy poziom pobudzenia, to już nie muszę się pobudzać dodatkowo, żeby mój układ nerwowy był na optymalnym poziomie aktywacji. Mogę czerpać satysfakcję z robienia spokojnych rzeczy, jak np. prowadzenie badań naukowych, pisanie książki, pogłębiona refleksja nad rzeczywistością. Nie potrzeba mi zewnętrznej stymulacji na wyższym poziomie. Odwrotnie, jeżeli wokół pojawiają się dodatkowe źródła pobudzenia, mogą prowadzić do dyskomfortu, bo zaczynam się czuć przestymulowany.

U osób ekstrawertywnych poziom aktywacji jest niski, dlatego występuje u nich element poszukiwania doznań. Kiedy robią coś mało stymulującego, czują, że je nosi.

To, że ich układ nerwowy potrzebuje mocniej i więcej, prowadzi do różnych adaptacyjnych i nieadaptacyjnych zachowań. Bo owszem – wystąpienia publiczne, aktywność społeczna są fajnie, ale już skłonność do ryzyka i podejmowanie go, dążenie do kontaktu z ludźmi za wszelką cenę, więc też robienie wszelakich głupot w młodości, takich, żeby nie być wykluczonym przez grupę – niekoniecznie.

Chodzi o lęk przed karą w postaci wykluczenia?

Raczej o realizowanie swojej podstawowej potrzeby towarzyskości.

Osoba ekstrawertywna skłonna jest zrobić to, co mówią jej inni, żeby być w grupie, być poważaną i akceptowaną.

Neurotyczność sprawia, że mamy większą tendencję do doświadczania emocji trudnych, „negatywnych”, a ekstrawersja – „pozytywnych”. W konsekwencji osoby z tą drugą tendencją są bardziej wrażliwe na nagrodę. Szukają doznania, ale przy tym ich mózg silniej na to pozytywne doznanie reaguje. Dlatego w przypadku dziecka ekstrawertywnego wychowywanie w oparciu o nagrody będzie skuteczne. U introwertycznego niekoniecznie, bo nagroda będzie w mniejszym stopniu wzmacniała zachowanie, które w założeniu ma nagradzać.

Ale przecież wiemy nie od dziś, że wychowanie przez nagrody i kary to nie jest najlepszy pomysł.

Mówię o skuteczności, nie o konsekwencjach dla motywacji czy jakości funkcjonowania psychicznego dziecka. Kary dodatkowo traumatyzują, chociaż na neurotyków to właśnie one będą działać najbardziej. Więc nawet takie nietraumatyzujące „kary”, typu ograniczenie dostępu do czegoś, będą skuteczne w przypadku neurotycznego dziecka, które reaguje w myśl zasady: „To boli, nie będę tego robił”, ale już niskoneurotyczne będzie to miało w nosie.

Lepiej, żeby rodzice nie wkładali dzieci w sztywne ramy pojęciowe, ale już różnicowanie sposobu ich wychowania ma sens?

Uniwersalność sposobu wychowania to mit, bo każde działanie rodzica zawsze trafia na osobowość, temperament i intelekt dziecka. To widać w rodzinach, gdzie jedno dziecko wychowywane identycznymi metodami funkcjonuje rewelacyjnie, a drugie się buntuje.

Co poszło nie tak?

Jeśli mamy jedno dziecko, które ma dużą potrzebę doznań i autonomii, to kontrolujący styl rodzicielski będzie rodził bunt. Paradoksalnie takiemu dziecku musimy bardziej zaufać, żeby zbudować i utrzymać więź. Szarpanie się może prowadzić do jej zerwania.

Mówisz o dziecku z tendencjami ekstrawertywnymi. Jak to ogarnąć?

Fundamentem jest na względnie wczesnym etapie nauczenie myślenia przyszłościowego. Jeżeli tego nie zrobimy, to poszukiwanie doznań, płynięcie z nurtem chwili sprawi, że prędzej czy później ono się natnie na coś, co je i nas przy okazji będzie bardzo bolało. Szczególnie w okresie adolescencji. Myślenie w kategoriach celu buduje odpowiedzialność i sprawia, że dziecko bierze pod uwagę konsekwencje własnego działania, także te dalekosiężne. To ważne, szczególnie w przypadku tak wrażliwych na nagrody ekstrawertyków. Inaczej będzie z dzieckiem, które nie ma takiej dużej potrzeby autonomii i lubi, jak ktoś mu mówi, co ma zrobić, albo po prostu ugodowo przyjmuje propozycje. Jeśli nie ma dużej potrzeby doznań, jest w stanie chłodno analizować to, co mu oferujemy.


Fotografia: Monstera, Pexels

Rodzice, którzy obserwują, że ich dziecko jest nieśmiałe, niechętnie wchodzi w relacje, powinni bardziej niż nad introwersją zastanawiać się nad jego neurotycznością?

To zależy, czy u podstaw tego zachowania leży lęk, czy poszukiwanie swojej strefy komfortu. Na przykład czy kiedy przyjdą do nas nowi znajomi, dziecko przywita się i wróci do swoich zajęć, czy będzie się chowało i wstydziło. Jeżeli to jest dla niego stresująca sytuacja, budząca lęk i niepewność, prawdopodobnie introwersji towarzyszy przynajmniej lekko podwyższony poziom neurotyczności.

Jak takie dziecko wzmacniać?

Zaakceptowanie i szanowanie różnorodności osobowościowo-temperamentalnej to fundament. Jeżeli nasze dziecko ma wysoki bazowy poziom aktywacji, prawdopodobnie nie będzie jej szukało na zewnątrz, będzie wybierało czynności umiarkowanie stymulujące. Będzie szukało przestrzeni, środowiska, pasji bardziej stymulujących intelektualnie, mniej pobudzających społecznie czy emocjonalnie.

Niebezpieczne jest zwiększanie aktywności dziecka na siłę: „żeby się rozwijać, musisz chodzić na trzy języki, basen, taniec towarzyski i jeszcze ze dwie dodatkowe rzeczy”. Takie dziecko codziennie wraca ledwo żywe, potem jeszcze musi odrobić prace domowe. Chodzi na rzęsach, ale musi się rozwijać, musi robić, działać.

To może prowadzić do rozwoju wyuczonej aktywności, tak zwanego temperamentu niezharmonizowanego, o małych możliwościach przetwarzania stymulacji, ale o wysokiej stymulacji, czyli przestymulowanego. Badania pokazują, że takie osoby mają wyższą skłonność do choroby wieńcowej, zawałów, wrzodów żołądka – chorób cywilizacyjnych. Wiąże się je ze stresem, ale to stres z przestymulowania, bo nauczyli się funkcjonować nieadekwatnie do swojego profilu temperamentu.

Brzmi okropnie. Susan Cain pisze o rzeszach zaniepokojonych zbyt spokojnymi dziećmi rodziców w USA, którzy chcą je uczyć życia społecznego przez różne działania.

Udział w aktywnościach, stymulacja poznawcza są bardzo ważne rozwojowo.

Nie o to chodzi, żeby z neurotyczną introwertyczką nie robić nic, żeby jej nie przestymulować. Ale raczej szukać razem z dzieckiem, proponować mu różne rzeczy, zachęcać do spróbowania, ale nie do trwania w czymś, co nie odpowiada jego naturze.

Jedna próba nie zmiażdży psychiki, nie przestymuluje, a jednocześnie da szanse na otwarcie nowych ścieżek. Podążać za dzieckiem, żeby towarzyszyć, a nie nadawać kierunek.

Niektórym rodzicom jest trudno, bo ich dzieci bardzo się od nich różnią.

Na szczęście, w większości dzięki mechanizmom dziedziczenia jesteśmy przynajmniej w pewnym stopniu podobni do naszych dzieci. Ale może się zdarzyć, że urodzi się dziecko z niską potrzebą doznań, raczej introwertywne, a rodzice żyją niezwykle intensywnie: narty, bieganie, wyjazdy, zwiedzanie, codziennie wpadają znajomi. To jest cholernie trudne. Rodzi się pytanie, jak takiemu dziecku znaleźć przestrzeń, żeby mogło się spokojnie rozwijać?

I jak?

Należy uszanować temperament dziecka. Dostrzec, że ono ma inaczej, nie wbijać na siłę w nasze wzorce funkcjonowania. To wymaga rezygnacji z jakichś sposobów działania albo takich modyfikacji, kompromisów, żebyśmy my mogli robić coś w zgodzie ze sobą, a jednocześnie dać dziecku to, czego ono potrzebuje. Prosty przykład: jesteśmy nad morzem, jest strasznie zimna woda. Są dzieciaki, które to uwielbiają, a u innych wysoka wrażliwość sensoryczna może powodować, że to dla nich ogromny dyskomfort i taka mini trauma. Nie róbmy nic na siłę. Niech ono sobie poczyta, kiedy my będziemy się pluskać i na nie zerkać. Jeszcze inne wyzwanie to sytuacja, gdy dzieciaki między sobą mają różne profile temperamentalne.

Warto pokazywać, że jesteśmy inni i że możemy próbować uczyć się jeden od drugiego, ale nie jest tak, że jak twój brat lub siostra coś robi, to ty też musisz.

Co jeszcze może zrobić rodzic?

Być uważny, słuchać dziecka i obserwować. Bo ono np. ze względu na chęć bycia akceptowanym przez kolegów i koleżanki może robić coś, co niekoniecznie jest dla niego dobre. Jeżeli widzimy, że chodzi na piłkę, bo wszyscy koledzy to robią, ale nie jest to dla niego optymalnie stymulujące – panuje tam hałas, współzawodnictwo, a to dla niego stresujące, jest zmęczone i sfrustrowane, to bardzo fajnie dać przestrzeń, żeby czuło się okej, jeśli zmieni to zainteresowanie, może nawet podsunąć mu inny rodzaj sportu – np. łucznictwo.

Bezwarunkowa akceptacja jest wyzwaniem dla rodziców, bo część swoje niezrealizowane ambicje pakuje w dzieciaki. Przyglądajmy się sobie i temu, czy swoich potrzeb i swojego temperamentu nie realizujemy przez dziecko.

Czy nie proponujemy mu np. tylko bardzo wąskiego spektrum zainteresowań? Kochasz akrobatykę sportową, sztuki walki i koszykówkę? A twoja córka chce grać w szachy. Albo fotografować i uczyć się programowania.

Są jeszcze jakieś różnice wynikające z ekstrawersji i introwersji?

Osoby, które opisują się jako ekstrawertywne, raportują, że są szczęśliwsze.

Jak to?

Ekstrawersja sama w sobie „zawiera” skłonność do „pozytywnych” emocji. Może być tak, że przez większą wrażliwość na nagrody pewne rzeczy będą ekstrawertyków cieszyć bardziej, ze względu na specyfikę ich układu nerwowego. Ponieważ mają większą łatwość doświadczania „pozytywnych” emocji, mogą mieć większą satysfakcję z prostych przyjemności jak smaczne jedzenie czy seks. Amerykański psycholog Martin Seligman wyróżnił trzy poziomy szczęścia: życie przyjemne, zaangażowane i znaczące. Sposoby jego osiągania u introwertyków i ekstrawertyków są nieco inne. Choć wielu ludzi uważa, że szczęście to przede wszystkim maksymalizowanie przyjemności i minimalizowanie cierpienia, to jest to jedynie część prawdy.

Z badań psychologów pozytywnych wynika, że dla ogólnego szczęścia przyjemne życie jest mniej istotne niż robienie rzeczy z pasją i takich, które uznajemy za naprawdę ważne i wartościowe.

I sposobem introwertyków na to, żeby trochę skompensować mniejsze nasilenie emocji „pozytywnych” – bo oni nie będą mieli większego nasilenia „negatywnych” (to dotyczy neurotyków) – nie jest szukane sposobów na zwiększenie przyjemności, tylko raczej realizowanie szczęścia przez pasje i wartości, przez to, co daje doświadczenie flow.


Fotografia: Monstera, Pexels

Poza tym świat zachodni wartościuje pewien rodzaj szczęścia. Nie docenia prostego zachwytu z bycia na cudnej łące w pięknym świetle. Czyli jeśli rozpoznajemy u dziecka skłonności introwertywne, to aby mu sprawić radość, czasem zamiast basenu i zjeżdżalni lepiej zaproponować np. wspólne wyprowadzanie psów ze schroniska?

Tak, możemy stwarzać różne fajne nisze. Czasem wystarczy rozróżnienie na sporty indywidualne i zespołowe.

Praktyka uważności jest bardzo fajnym i przydatnym narzędziem, skutecznym niezależnie od indywidualnych predyspozycji dziecka, a jednocześnie niezwykle deficytowym w dzisiejszej rzeczywistości.

Nawet nie w sensie medytacji, ale prostej uważności na sygnały z ciała, momenty zatrzymania się, mikrouważności.

Jest dużo do zrobienia, szczególnie jeśli chodzi o zmianę narracji na temat introwersji i pokazanie, że to po prostu bycie innym niż ekstrawertywnym. Być może czekalibyśmy wiele lat na „odkrycie” Ameryki, gdyby nie ekstrawertywny Kolumb, ale o ileż uboższa byłaby historia muzyki klasycznej, gdyby nie introwertywny Chopin? Różnorodność, także w zakresie osobowości, może okazać się bardzo cenna, jeśli właściwie na nią spojrzymy i nauczymy się wykorzystywać jej potencjał. Tylko tyle i aż tyle.

Ten tekst nawiązuje do 26. numeru magazynu „Kosmos dla dziewczynek”

NR 26 / BROKAT

Ten tekst nawiązuje do 26. numeru magazynu „Kosmos dla dziewczynek”

NR 26
BROKAT