O tym, czy warto wtrącać się w konflikty między dziećmi, rozmawiają Alicja Niewęgłowska i Maria Majewska, mamy i trenerki Familylab.
Maria Majewska: Córka mojej znajomej pokłóciła się z przyjaciółką. Dziewczynki mają po 12 lat. I ta znajoma zastanawia się, czy powinna w to jakoś ingerować.
Alicja Niewęgłowska: Moja córka jest sporo młodsza – ma 5 lat. Zdarza się, że kiedy wracamy z przedszkola, opowiada mi, jak pokłóciła się ze swoją najlepszą koleżanką. I dodaje, że już nigdy nie będą ze sobą rozmawiały. Wtedy biorę głęboki oddech, bo wiem, że rano rzucą się sobie w ramiona i kompletnie zapomną o tym, co się zdarzyło. Ale w przypadku 12-latek to już wygląda zupełnie inaczej. Jeśli jej mama zastanawia się, czy coś zrobić, pewnie jej córka bardzo przeżywa tę kłótnię.
Maria: Mam podobne doświadczenia z córką. I po prostu nie wtrącam się w jej konflikty z przyjaciółką. Mogę oczywiście dać córce wsparcie, wysłuchać jej, podzielić się z nią moim doświadczeniem. Mogę jej też powiedzieć, że niektóre przyjaźnie się rozpadają, to się zdarza. Wiem, że to rozczarowujące i bolesne, ale jednocześnie to jest coś, co trzeba przeżyć. Czasem nawet kilka razy w życiu. Myślę, że wtrącanie się w takie konflikty między dziećmi, jest zwyczajnie nie w porządku. To wtrącanie się w ich relacje. Robimy to, bo próbujemy je chronić, ale tym samym odbieramy im możliwość ćwiczenia umiejętności radzenia sobie w takich sytuacjach. Chodzi przecież o to, by je wspierać, a nie żyć za nie.
Alicja: Z drugiej strony – dzieci uczą się też rozwiązywać konflikty obserwując nas, dorosłych.
Maria: Dzieci uczą się rozwiązywać konflikty przez obserwację, ale też przez doświadczanie ich, a nie przez to, że to my coś zrobimy za nie. Relacja buduje się w tarciu i nigdy nie wiemy, do czego taka kłótnia może doprowadzić. Kiedy wtrąci się do niej dorosły, który ma własną perspektywę i inaczej pewne rzeczy postrzega, dziecko traci swoją perspektywę. Lojalność wobec rodziców sprawia, że nawet gdyby chciało znów po swojemu spojrzeć na ten konflikt, to już nie może.
Alicja: Zgadzam się, że rodzice nie powinni się wtrącać, powinni tylko towarzyszyć w konfliktach, bez oceniania. Ale cały czas myślę też o mamie tej 12-latki. Może to coś ważnego dla niej, np. sama w ten sposób straciła przyjaciółkę, bo nie potrafiły się dogadać i teraz rzeczywiście chce chronić swoją córkę przed takim doświadczeniem?
Maria: Tylko że każdy popełnia swoje błędy, przeżywa swoje rozczarowania miłosne, swoje zerwane przyjaźnie. To nas kształtuje. Nie można się uczyć na czyichś błędach i doświadczeniach. Jednocześnie naprawdę dobrze rozumiem tę pokusę, żeby się wtrącić. Bo jest w nas silna chęć, by pomagać naszym dzieciom, a udźwignięcie ich cierpienia jest bardzo trudne. Ale można to zrobić bez wtrącania się – raczej będąc przy nich, słuchając i towarzysząc im w tym, co przeżywają. Moja córka w podobnej sytuacji mówiła do mnie: „Zadzwoń do niej, powiedz jej coś albo powiedz coś jej mamie”. A ja odpowiadałam, że tego nie zrobię, bo to nie jest moja sprawa. Córka najpierw miała do mnie pretensje, że nie chcę jej pomóc, a po jakimś czasie sama przyznała mi rację – bo to dziwne, żeby matka się wtrącała w takie rzeczy.
Alicja: Szczególnie, gdybyś zadzwoniła do mamy tej koleżanki…
Maria: Albo podsuwała córce argumenty typu: „A teraz jej powiedz, że…” i mówiła: „A widziałaś jak ona się do ciebie odnosi?”. Sama mam bardzo budujące doświadczenie z koleżanką, z którą przyjaźnię się od czwartej klasy podstawówki, czyli ponad 20 lat. W którymś momencie kłóciłyśmy się non stop. Zrywałyśmy przyjaźń, oddawałyśmy sobie rzeczy. I nasi rodzice nigdy się w to nie wtrącili – ani moi, ani jej, a przecież musiało im być ciężko. Pamiętam, że płakałam, rozpaczałam, ale oni nigdy nie zaingerowali i dzięki temu nauczyłyśmy się radzić sobie w takich sytuacjach. Myślę, że między innymi dlatego nasza więź jest dziś tak silna.
Alicja: Ja mam koleżankę, z którą przyjaźnię się od trzeciej klasy podstawówki. Przez całą ósmą klasę nie zamieniłyśmy ani słowa, ale potem wróciłyśmy do siebie. Dziś oczywiście absolutnie nie pamiętam o co chodziło, ale w tamtym czasie to było coś ważnego. Nasi rodzice też się nie wtrącali. Dziś myślę, że ten konflikt dużo nam dał, choćby przestrzeń na inne przyjaźnie i relacje. Bo kiedy dziewczynki są „papużkami nierozłączkami”, a jednej z nich przestaje to wystarczać, to takie doświadczenie jest bardzo trudne i ważne dla nich obu .
Maria: Mam jeszcze jedną ciekawą obserwację. W pewnym wieku przyjaciółki są też po to, żeby móc im powiedzieć: „Moja matka jest beznadziejna i okropna” albo: „Nie cierpię mojego brata”. Jak masz 10 czy 12 lat, to liczysz na to, że przyjaciółka odpowie coś w stylu: „Tak! Ta twoja matka jest taaaka wredna!”. Sama byłam świadkiem, jak po naszej kłótni moja córka rozmawiała w ten sposób ze swoją przyjaciółką – one gadają zawsze na głośnomówiącym, a córka dodatkowo nie zamknęła wtedy drzwi do swojego pokoju. I usłyszałam, jak mówi: „Moja matka jest taka fałszywa, wszyscy myślą, że jest miła, ale to nieprawda, jest wredna i fałszywa”. Kiedy do niej weszłam, żeby powiedzieć: „Zamknij chociaż drzwi”, usłyszałam też, jak jej koleżanka potwierdza: „No jest fałszywa i podła – masz rację!”. Wiem, że tak wyrażały swoją złość i frustrację, bo ja akurat tego dnia nie pozwoliłam córce pomalować paznokci czy obciąć bluzki.
Alicja: Ale gdybyś wzięła to do siebie? A potem twoja córka pokłóciłaby się z tą koleżanką? Mogłabyś mieć pokusę, żeby powiedzieć: „I dobrze! Ona nigdy nie szanowała naszej rodziny!”. I jeśli nawet dziewczynkom udałoby się konflikt zażegnać, twoja córka wróciłaby w tę relację z poczuciem winy, bo znowu przyjaźni się z kimś, kto „nie szanuje jej rodziny”.
Maria: Najczęściej jednak takie wtrącanie kończy się po prostu zerwaniem relacji, bo wszedł do niej ktoś, kogo tam w ogóle nie powinno być. Warto o tym pamiętać. I o tym, że niektóre relacje budujemy na całe życie, a inne się rozpadną – mniej lub bardziej gwałtownie.