Nie mogłam się doczekać, kiedy moje dzieci będą na tyle duże, żeby można było z nimi wreszcie pograć „w coś normalnego”. Ale już na etapie memo i chińczyka okazało się, że rozgrywki z nimi wcale nie są takie łatwe…

Motto: „Wtedy poszli do domu napić się herbaty i grali w karty, oszukując, ale tylko wtedy, gdy musieli”, Åsa Lind, Piaskowy Wilk (Zakamarki 2007).

Uwielbiam gry. Im bardziej skomplikowane i wymagające – tym lepiej. Z dzieciństwa pamiętam bierki, domino, fortunę i stare poczciwe karty. W dużych ilościach. Pamiętam, jak mama nauczyła mnie grać w tysiąca, a ja się czułam taka „dorosła”, bo poznałam dorosłą grę. Tak na marginesie to karty są świetne! Nawet pół talii daje mnóstwo możliwości: dla dużych i małych; dla wymagających graczy i dla tych, którzy wolą coś prostego. A dwie talie to już KOSMOS! Do dziś pamiętam moje zabawy karcianymi figurami i tworzenie pałaców z kart na dywanie.

Jak na poligonie

Wracając do mojej rodziny… Na początku – ze starszą córką – szło nam nawet nieźle. Dawałam jej fory, szczególnie w warcaby i w grach na spostrzegawczość, ale bez przesady. W grach logicznych pokazywałam, gdzie popełniła błędy. Podkreślałam sytuacje, kiedy wygrała albo zrobiła coś dobrze, a w przypadku przegranej rozmawiałyśmy o tym, co wtedy czuje.

Bo grając z dziećmi, chciałam nauczyć je właśnie przegrywania. Myślałam, że to taki świetny poligon doświadczalny z ciepłymi ramionami rodzica, który pocieszy w razie niepowodzenia. Gdzieś w końcu trzeba te porażki trenować.

A co, jeśli dziecko po prostu nie chce przegrywać? Nie przyjmuje tego do wiadomości i „koniec kropka peel” – jak mawia moje potomstwo?

Tego właśnie doświadczyłam z drugą córką. Wspólne rozgrywki stały się dla nas wielkimi wyzwaniami. Temperatura towarzyszących nam emocji mogłaby zagotować wodę w wannie. Okazało się, że pionki, plansze, karty potrafią całkiem nieźle latać…

Zaciskałam zęby i trenowałam współzawodnictwo, przegrywanie i respektowanie zasad, coraz bardziej tracąc ochotę na rodzinne wieczory z planszówkami w tle.

I wówczas w jakiejś dyskusji na grupie rodzicielskiej jedna z mam napisała, że ZAWSZE daje swojemu pięciolatkowi wygrywać i zawsze zgadza się na zmianę zasad. Bo dla niej granie jest zabawą, a nie środkiem do nauki czegokolwiek. Napisała też, że dzieci najpierw muszą nacieszyć się wielokrotnym wygrywaniem, żeby mieć siłę na mierzenie się z przegranymi.

To było jak haust zimnej wody ze strumienia po mozolnej górskiej wspinaczce w upalny dzień. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale wtedy takie podejście było dla mnie bardzo odkrywcze.

Wrzuć na luz i daj wygrywać

Odpuściłam. Wyłączyłam swoje programy i zaczęłam grać tylko dla frajdy. Przymykam oko na zasady i godzę się na dowolne ich modyfikacje.

W Fasolkach regularnie wymieniam się z dziećmi kartami, na niekorzystnych dla mnie warunkach. Nagrodą jest ich późniejsza radość przy podliczaniu punktów.

Grając w Domek z młodszą córką, zawsze to jej zostawiam liczenie punktów i… jakimś trafem zawsze na koniec okazuje się, że to ona wygrała. Udaję więc zdziwienie, gratuluję i mówię, że następnym razem to ja już koniecznie muszę wygrać.

Obie wiemy, że to jest konwencja, że nie gramy „na poważnie”, i obie dobrze się przy tym bawimy.

Plansza do gry w Carcasonne Fotografia: Barbara Piotrowska

A ja zbieram perełki z tych naszych rozgrywek. Moją ulubioną otrzymałam dwa lata temu, kiedy na wakacjach odkryłyśmy Carcassone. Młodsza córka zbudowała olbrzymie miasto. Pod koniec gry okazało się, że brakuje płytki, która pozwoliłaby jej tę osadę zamknąć. Rozczarowanie było ogromne, a moja propozycja, żeby to miasto potraktować jak „zamknięte”, spotkała się dużym protestem starszej córki, która akurat lubi grać zgodnie z instrukcją. Impas. Jedna rozpacza, druga nie zgadza się na zmianę zasad. Ja z kolei nie chcę, żeby którakolwiek z nich straciła całą frajdę z rozgrywki. Chcę zadbać o obie – głośno się zastanawiam, co możemy zrobić. I nagle moja starsza córka mówi „poczekajcie” i znika w czeluściach schroniska. Po paru minutach wraca z… dorysowaną brakującą płytką, ratując całą sytuację: dbając o swoje potrzeby i potrzeby siostry. Siostra zdobyła wówczas najwięcej punktów, ale ja czuję, że tę rozgrywkę wygrałyśmy wszystkie trzy.

Wrzuć na luz i podążaj za dzieckiem

Hmmm, no dobrze, ale czy podkładanie się dziecku w grze nie jest oszukiwaniem? Co z autentycznością i szacunkiem do dziecka, którego nie chcemy okłamywać i które chcemy traktować poważnie? I co z naszymi potrzebami, np. uczciwej gry lub grania zgodnie z zasadami? Myślę sobie, że kluczem jest tu przyjęcie pewnej konwencji – jak w siłowankach, gdzie dziecko nie ma szans z dorosłym, a przecież ciągle dajemy mu się rozkładać na łopatki. Dzieci potrafią tę konwencję rozszyfrować i wejść w nią z dziką radością. Bo tu wcale nie chodzi o klasyczne oszukiwanie, w którym świadomie wprowadzamy kogoś w błąd.

Tu chodzi o pewną umowność. Wrzucenie na luz pomoże nam – dorosłym – traktować gry z przymrużeniem oka, a wówczas staną się one pretekstem do zabawy, w której wszystko jest możliwe. Zasady i fair play poczekają spokojnie, aż wejdziemy w tryb grania „na poważnie”.

Lawrence J. Cohen w Rodzicielstwie przez zabawę (Mamania 2012) radzi, żeby na początku zawsze dawać dziecku wygrywać, po czym stopniowo podnosić poprzeczkę. Wyczula dorosłych na obserwowanie sygnałów, jakie wysyła dziecko, i podążanie za jego potrzebami: raz będzie chciało wygrać; innym razem będzie potrzebowało wyzwania. Idąc za wskazówkami Cohena, bardzo lubię się przechwalać, że w jakiejś grze jestem najlepsza i niepokonana, po czym… sromotnie (i zupełnie uczciwe) przegrać, jak dziś w piłkarzyki. Zawsze mamy z tego mnóstwo radości.

Podążanie za potrzebami dzieci bywa trudne, gdy każde ma inne oczekiwania. Trudno łamać zasady dla jednej córki, kiedy druga właśnie lubi te zasady respektować i grać „na poważnie”. Owszem – udaje się to wszystko w rozgrywkach 1:1, ale ja lubię grać w większym gronie.

Udało nam się znaleźć na to sposób. Zaczęło się od drużynowej rozgrywki w Dobble. Moja „wiecznie przegrywająca w tę grę córka” bardzo cieszyła się ze wspólnego zwycięstwa. Zachęciło mnie to do łączenia się w zespoły. Taka gra bardzo zwiększa szanse dziecka na wygraną. Łatwiej też przełknąć niepowodzenie, a jeśli jest taka potrzeba, można całą winę zwalić na dorosłego.

Ostatnio dobrze nam się tak gra w Ticket to Ride – to dość wymagająca, strategiczna gra. Nasza ośmiolatka chciała w nią grać, ale bała się porażki. Dzięki temu, że jest w zespole z kimś bardziej doświadczonym (mamą albo tatą), może cieszyć się budowaniem linii kolejowych i liczbą zdobytych punktów. Druga córka gra samodzielnie. Pozwala to nam trzymać się zasad, na czym zależy starszej, i jednocześnie zadbać o młodszą, która nie lubi przegrywać.

Podzielę się jeszcze jednym odkryciem. Dokonałam go całkiem niedawno dzięki Uno. To bardzo szybka, dynamiczna gra. W ciągu godziny można rozegrać kilkanaście partii. Zauważyłam, że córka kolekcjonuje te swoje wygrane: „Dzisiaj wygrałam już trzy razy, a wczoraj wygrałam dwa razy rano i raz wieczorem”. I to jej absolutnie wystarcza. Zupełnie inny ciężar mają przegrane w krótkich gierkach, kiedy raz jest na wozie, raz pod wozem, niż w grach, w które wkłada się dużo czasu i wysiłku – tam przegrana jest bardziej dotkliwa.

Gra w Uno Fotografia: Eliza Trzęślewicz

Trzy czy cztery lata od rewolucji w mojej strategii nic się nie zmieniło: córka wciąż nie lubi przegrywać. A jednocześnie zmieniło się tak wiele. Bawimy się grami, przerabiamy je na swoją modłę i robimy z nimi, co chcemy. Daje nam to sporo frajdy. Ja z całą pewnością nauczyłam się nie przejmować zasadami, tylko dopasowywać je do naszych fantazji i bieżących potrzeb. I cały czas uczę się moich córek.

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!