Próbowałam sobie przypomnieć, jak czuło się moje ciało, kiedy byłam nastolatką. Jak ja się w nim czułam? W jakim stopniu mogłam o nim decydować: co zje, w co je ubiorę, gdzie pójdę? I na ile rzeczywiście decydowałam ja, a na ile moje otoczenie, rodzice, społeczeństwo?

W 25. numerze „Kosmosu dla dziewczynek” przeczytasz rozmowę z 14-letnią Basią Rączką o tym, jakie decyzje związane z ubieraniem się podejmuje. Na następnych stronach znajdziesz też wypowiedzi dziewczynek, które wzięły udział w kosmicznej debacie – mówią o tym, o czym mogą decydować, a o czym nie zawsze albo wcale, chociaż bardzo by chciały: o ubieraniu się, jedzeniu, o tym, co robią w czasie wolnym.

Jednocześnie w mediach pojawiają się kolejne doniesienia o szkołach, w których dziewczynki obowiązują specjalne zasady związane z wyglądem – tak by swoim strojem nie prowokowały chłopców. Ten tekst Anny Maziuk, jednej z autorek „Kosmosu dla dziewczynek”, to osobista próba przyjrzenia się temu tematowi. I zaproszenie do przemyślenia sprawy, do dyskusji.

Zaczyna się w momencie przyjścia na świat. A w zasadzie nawet wcześniej. Będzie dziewczynka? Ależ proszę, różowe śpioszki! A potem jest wszędzie, na każdym etapie – ten podział na damskie i męskie. W każdym sklepie – tym fizycznym i internetowym, oddzielny dział albo oddzielna zakładka. Ubranka dla dziewczynek często są bardziej obcisłe, te chłopięce – luźniejsze, wygodniejsze. I z napisami typu: „Jestem szefem” albo „Przyszły astronauta”, a dla dziewczynek raczej z motylkiem albo „You’re beautiful”.

Znajoma mama powiedziała: „I cały ten róż później trzeba odkręcać!”, po tym jak jej trzyletni synek zdenerwował się, kiedy dała mu sok w różowym kubku. Musiał to wynieść z przedszkola, bo ona w domu dba o to, żeby nie było takich rozróżnień. Dziewczynce z kolei trzeba pokazywać potem, że ona też może czuć się tym przyszłym astronautą, choć pewnie lepiej by było, gdyby mogła się poczuć przyszłą astronautką… W innym przypadku, jeśli jej „się poszczęści”, sama to w pewnym momencie odkrywa, otrzepuje się z wszystkich tych świecidełek i sprawdza, co jej naprawdę pasuje.

Nie chodzi o to, że róż czy brokat są gorsze, ale o to, żeby miała wybór, żeby przekonała się, w czym ona czuje się sobą. Albo że to po prostu nie ma dla niej większego znaczenia.

Tyle że zupełnie inny komunikat dostaje od otoczenia.

Jak wygląda moje ciało? W co je ubieram?

Pamiętam moment, w którym odkryłam, że już nie mogę chodzić w skarpetkach do sandałów, bo chłopaki zwracają na to uwagę. Żeby nie narażać się na wyśmianie, przestałam robić coś, co wtedy było dla mnie wygodne z prostego powodu – miałam słabej jakości, niewygodne buty, które obcierały moje delikatne stopy. Zaczęłam „się tresować” do znoszenia dyskomfortu w imię dopasowania do obowiązujących norm.

Na szczęście (ufff!) dość szybko uznałam, że mam to wszystko gdzieś, i zaczęłam nosić szerokie, zupełnie niepodkreślające kształtów (przeciwieństwo tego do dziś lansuje się jako pożądane w przypadku dziewcząt) lordy (marka skate’owskich spodni), w uszach duże koła i masywne żółte buty á la Missy Elliott (wtedy to była jedna z moich ukochanych raperek). To oczywiście było powodem kpin i hejtu ze strony całej rzeszy dziewcząt, bo ponad dwadzieścia lat temu w miasteczku, w którym dorastałam, nikt się tak nie ubierał i prawie nikt nie słuchał rapu. On miał się stać popularny dopiero za jakiś czas. Wraz z nastaniem mody na hip-hopowe brzmienia moje rówieśniczki zaczęły sobie kupować podobne kolczyki i buty, ale szerokie spodnie pozostały niszową awangardą. Nosiły je głównie chłopaki.

Pamiętam, że moi rodzice, szczególnie tata, mieli dużą trudność z tymi moimi spodniami. Jemu to się wydawało po prostu brzydkie. I niedziewczęce. Kręcił głową, ale po cichu, żadne z nich nie ingerowało w to, w co się ubieram.

A jak jest teraz u bliskich mi dziewczynek?

Tymczasem czternastoletnia córka koleżanki za każdym razem, kiedy wybiera, w co się ubrać, zastanawia się, czy będzie to stosowne do sytuacji. Bo u niej w szkole dziewczyny mogą dostać uwagę za to, jak wyglądają. Albo nauczyciele będą je przez ten pryzmat oceniali. Woli się dostosować. – Nie cierpię bardzo z tego powodu, bo nadal ubieram się w rzeczy, w których czuję się dobrze, ale znam osoby, które mają inaczej – przyznaje. Chłopak, żeby dostać podobną uwagę za ubiór, musi się o wiele bardziej „postarać”. Mam wrażenie, że u dziewczyny wystarczy, że odsłoni kawałek ciała.

W szkole mojej siostrzenicy uwagi dostaje się także za założenie skarpetek w kolorze innym niż biały. To szkoła leśna, wojskowy rygor. Nie przeszkadza to w tym, żeby dziewczyny miały dwie wersje mundurków – spodnie i spódnice, przy czym spódnice są preferowane przez dyrekcję na różne oficjalne okazje. Nie potrafię pojąć, jakie znaczenie ma kolor skarpetek noszonych na co dzień w szkole. Widzę w tym jedynie łamanie ludzkiej woli i poczucia wolności. Za to te spódniczki, moim zdaniem, mają przypominać, gdzie jest miejsce dziewcząt. I jaka ich rola. Bo przecież spódnica w lesie, szczególnie w przypadku prac leśnych, jest kompletnie niepraktyczna.

Zupełnie jakby w przypadku uczennic ważniejsze niż praca i szkolne osiągnięcia było to, jak wyglądają. To komunikat, że im o tym zapominać nie wolno.

I jeszcze to dojrzewanie!

Kiedy miałam jakieś 12-–13 lat, urosły mi piersi. Nie jakoś bardzo, ale pamiętam, że to był moment, kiedy przestałam czuć się jak człowiek. Stałam się obiektem. Niedobrze było nie mieć piersi, bo wtedy też cię wytykano palcami albo szeptano po kątach, ale jeśli stawały się „zbyt widoczne”, było chyba jeszcze gorzej. To było przerażające doświadczenie. Mam wrażenie, że część kontroli nad moim ciałem oddałam wtedy społeczeństwu, patriarchalnemu i seksualizującemu mnie jako dziewczynkę. Mam piersi, a zatem odtąd muszę o tym pamiętać. Ubrać je w stanik albo top – nie daj bogini, żeby było mi widać sutki! Ale bez push-upu, żeby z kolei za bardzo nie prowokować. Okropnie konsternujące! Jak się w tym połapać? Jak mając kilkanaście lat, ogarnąć i się nie załamać? I dlaczego w zasadzie mamy się tym zajmować? Dziś myślę: odwalcie się od moich piersi, i bardzo często nie noszę stanika, ale nie zawsze przychodzi mi to super łatwo, bo choć ja na to nie zwracam uwagi, to inni owszem.

Sprawne ciało a pewność siebie

Lisa Damour, amerykańska psycholożka, badaczka dziewczyńskiego stresu, w książce Pod presją pisze, że dziewczyny poddawane są ogromnej presji, jeśli chodzi o wygląd – dbanie o niego to „praca na pełny etat”. Stale się go ocenia, porównuje, chwali.

Nawet my, rodzice, opiekunki i opiekunowie, często nieświadomie podtrzymujemy w nich przekonanie, że wygląd jest tym, co w nich najistotniejsze! Powtarzamy im, że są piękne. W najlepszej wierze.

Tyle że to zatrzymuje je przy tym myśleniu, że to w ich przypadku bardzo istotne. Nawet z pozoru niewinne „każdy jest piękny” może przynieść odwrotny skutek, bo będą się skupiały właśnie na tym dążeniu do piękna. W rozmowie, którą przeprowadziłam dla Kosmosu dla Dorosłych, dr Damour mówi, że „dziewczynki zwykle albo martwią się tym, jak wyglądają, albo próbują się tym nie martwić! Nie znam żadnej, która nie byłaby w jednej z tych dwóch grup”. U dorosłych kobiet zazwyczaj nie jest inaczej. Jak więc nasze córki mają się od tego uwolnić?

Uderzyło mnie, kiedy znajoma podczas krótkiej rozmowy – widziałyśmy się po raz pierwszy po latach – powtarzała, jak bardzo przytyła, jak źle wygląda i że stale stara się schudnąć. Mówiła to wszystko ze sporą niechęcią do własnego ciała. Obok siedziała jej dwunastoletnia córka. Jaki to był dla niej komunikat, jeśli mama tak o sobie mówi?

Po pierwsze więc, wspierajmy dziewczęta w pielęgnowaniu poczucia swojej wartości w oderwaniu od zewnętrznych opinii. Do tego potrzeba czegoś, z czego dziewczynka będzie dumna, czegoś, w czym jest dobra, a co jest zależne od jej umiejętności albo pracy, jaką w coś wkłada. Po drugie zaś – zwracajmy uwagę na to, w jaki sposób same mówimy o własnych ciałach i wyglądzie. Nasze córki to słyszą, chłoną i przekładają na siebie. Uczą się wartościowania samych siebie poprzez wygląd i że jako kobiety nie mogą o nim nie myśleć.

Ciało w przestrzeni

Dwunaste urodziny były dla mnie przełomowe także dlatego, że mniej więcej wtedy pojawił się pewien komentarz do mojej dużej dotąd swobody: dziewczynkom nie wypada się szwendać.

Tyle że moje ciało chciało właśnie tego! Szwendania się, poznawania, eksplorowania. Było ciekawe świata i siebie samego. Zwracało uwagę na inne ciała, sprawdzało, które mu się podobają bardziej, a które mniej.

Na szczęście moi rodzice nie ograniczali mojego ciała w przestrzeni. Mogło wędrować, gdzie mu się podobało. Ale skądś stale padały pytania: „Czy dziewczyna powinna sama chodzić po lesie?”. Szlag mnie trafiał. Zastanawiacie się czasem, jak dużo odbieramy dziewczynkom, przekazując im wszystkie te komunikaty: „Nie idź sama…” – i tu wymieniamy różne miejsca? Przecież one mogą nie zdobyć się na odwagę, żeby te nasze przestrogi „przekroczyć” i w konsekwencji na przykład nie poznają swoich pasji! A poza tym, jaki świat im budujemy naszymi myślami, skoro zakładamy, że nie mogą gdzieś chodzić, bo na pewno coś im się stanie? Myśli naprawdę kreują rzeczywistość. Oczywiście nie chodzi o to, aby być skrajnie nieostrożnymi i ignorować faktyczne zagrożenia. Ale jeśli chłopcu „pozwalamy”, żeby coś robił i gdzieś bywał, dlaczego dziewczynce odmawiamy prawa do tego samego?

Granice ciała

Jeszcze jeden ważny wątek poruszyła moja przyjaciółka. Ponieważ jej córeczka jest bardzo wrażliwa, zdarzało się, że już w maleńkości bolał ją dotyk niektórych osób. Fizycznie bolał. Dlatego przyjaciółka bardzo szybko nauczyła ją mówić: „Nie”. Jej niespełna sześcioletnia córka umie powiedzieć: „Nie całuj mnie!” babci, która się nad nią nachyla. Albo nie podać ręki na przywitanie obcemu panu i skwitować to: „Nie chcę”. Przyjaciółka uczuliła ją jednocześnie na to, żeby dawała ludziom znać, że ich słyszy, żeby chociaż spojrzała im w oczy, kiedy to mówi. Pomyślałam, że to niezwykle cenne: mieć kilka lat i znać, a także umieć ochronić granice swojego ciała.

Pamiętam, że kiedy ja byłam mała, niektórzy dorośli, szczególnie mężczyźni, podnosili mnie do góry albo sadzali sobie na kolanach. Nie były to osoby z najbliższej rodziny, i choć nie miały złych intencji, nie czułam się z tym dobrze.

Nie lubiłam tego, ale moje „grymaszenie” było odbierane jako niegrzeczne. Nie cierpiałam też całowania się na przywitanie z niektórymi ciotkami albo wujkami. Ale „nie wypadało” odmawiać. Ktoś mógłby się poczuć urażony. A zatem ważniejsze niż moje uczucia było to, co czują te osoby! Wiele z nas jest uczonych, że istotniejsze niż to, co same myślimy i czujemy, jest to, co o tym pomyślą inni.

Najpierw ty, mamo

Przyjaciółka mądrze zauważyła, że największe wyzwanie stoi po stronie rodziców, żeby powściągnąć swoje wyobrażenia, zachcianki, żeby nie projektować na dzieci tego, co same byśmy chciały/chcieli. Ona na przykład ma raczej tradycyjny zmysł estetyczny, a jej córeczka uwielbia założyć kratkę do pasków albo róż do czerwieni. „Musiałam stoczyć ze sobą wewnętrzną walkę” – przyznała przyjaciółka. Bo przecież, jeśli my tego najpierw w sobie nie poukładamy, to nie ma szans, żeby nasze córki mogły to zrobić dla siebie! Musimy im przetrzeć drogę. A jeśli nie potrafimy, to chociaż zaufać, że one wiedzą, co dla nich dobre. Że nie dążą do autodestrukcji. Jeśli nawet zbłądzą, to możemy z nimi o tym porozmawiać, niekoniecznie od razu wytaczać ciężkie działa zakazów i pouczeń.

One, choć będą coraz bardziej samodzielne, od czasu do czasu będą potrzebowały naszego wsparcia i porady. Wtedy warto pokazać, że nie muszą absolutnie o wszystkim decydować same.

Sprawdźcie, na ile wasze córki mogą o sobie decydować. Od tego, co chcą zjeść na śniadanie, czy mogą nie jeść w ogóle jakichś produktów albo w co się ubrać? Po to, czy w danym momencie chcą posłuchać muzyki, czy iść na dodatkowe lekcje tańca? A może nie robić nic?

Ten tekst nawiązuje do 25. numeru magazynu „Kosmos dla dziewczynek”

NR 25 / JA DECYDUJĘ!

Ten tekst nawiązuje do 25. numeru magazynu „Kosmos dla dziewczynek”

NR 25
JA DECYDUJĘ!