Wydaje ci się wciąż małą dziewczynką, a tymczasem chce się malować. Pozwolić czy zabronić? A może jest jeszcze inne rozwiązanie?
– Mamo, kiedy będę mogła się malować do szkoły?
Takie pytanie pada przy śniadaniu z ust mojej jedenastoletniej córki. Tonem spokojnym, merytorycznym, konkretnym. Czuć, że Tosia jest autentycznie ciekawa mojego stanowiska i przygotowana na negocjacje.
– W liceum – wypalam z automatu, a ona parska śmiechem, przekonana, że żartuję.
– A tak serio? – nie odpuszcza.
– Muszę pomyśleć – odpowiadam. Trochę do niej, a trochę do siebie.
Liceum wzięło się oczywiście z moich własnych wspomnień. Pamiętam, jak przyjaciółka w ósmej klasie nacierała sobie rzęsy olejem rycynowym, żeby zgęstniały. Kupiła też zalotkę, której używała w tajemnicy przed rodzicami. W pierwszej klasie liceum wydawałyśmy kieszonkowe na tusze do rzęs i puder w kamieniu. I to było przez długi czas – obok lakieru do paznokci i sztyftu do ust – jedyne wyposażenie naszych kosmetyczek. Poza maścią na pryszcze, rzecz jasna.
Opowiadam jej też o tym, że w latach 90., kiedy chodziłam do szkoły średniej, nie było galerii handlowych i drogerii on-line. Żadnych sklepów samoobsługowych z alejkami pełnymi szaf kosmetyków, żadnych testerów, żadnych konsultantek… Nie było mowy o wąchaniu, sprawdzaniu koloru na nadgarstku czy rozcieraniu w palcach. Nie było influencerek i makijażowych tutoriali na YouTubie. Ba! Nie było specjalnych kosmetyków kolorowych dla nastolatek.
Sądząc po minie Tosi, brzmi to jak bajka o żelaznym wilku. I wcale nie sprawia, że maleje jej ochota na robienie makijażu.
Kreski na powiekach
A więc pomysł numer jeden, czyli odwołanie się do „moich czasów”, odpada. Prawdę mówiąc, tego się spodziewałam. Ale warto było spróbować.
Z całą pewnością nie chcę też iść ścieżką „nie, bo nie”. W naszej rodzinie to nie działa. Poza tym mam w głowie historię znajomej 16-latki, Marysi. W siódmej klasie, a więc kiedy miała 13 lat, zaczęła robić sobie czarne kreski na powiekach. Rok później nie wychodziła z domu bez pełnej tapety – ku sięgającemu zenitu zdumieniu rodziców. Dziś jest w drugiej klasie liceum i maluje się rzadko, głównie na imprezy.
– Kluczem było to, że rodzice mi nie zakazywali – powiedziała mi niedawno.
Rzeczywiście, jej tata i mama nie kryli, że nie są zachwyceni tym, co robi ich córka, i że to nie ich styl, ale nie walczyli z makijażem. Dzięki temu – jak twierdzi Marysia – ta faza jej minęła.
Argument o zakazanym owocu, który smakuje najlepiej, przemawia do mnie. Nie oznacza to jednak, że mój opór wobec tuszu do rzęs i pudru na twarzy córki, znika. Muszę się temu oporowi przyjrzeć. Z czego on właściwie wynika?
Co z tą seksualizacją?
Nie jestem fanką makijażu u dziewczynek przede wszystkim dlatego, że kojarzy mi się z seksualizacją. Nie chcę, żeby moja 11-letnia córeczka wyglądała na małą kobietkę. Rzeczywiście nie jest już małym dzieckiem, a nastolatką. To prawda. To jednak wciąż za wcześnie na bycie obiektem seksualnym. Z tych samych powodów jestem przeciwna dekoltom, krótkim bluzkom, stanikom typu push-up, obcasom u nastolatek.
Tylko jak to przekazać? Jak o tym rozmawiać? – zastanawiam się.
– Normalnie – podpowiada mi psycholożka i psychoterapeutka Joanna Salbert. – Możesz powiedzieć, że w ten sposób wysyła do otoczenia fałszywy sygnał na temat swojego wieku i dojrzałości. Zresztą nie bałabym się słowa „seksualizacja”. Przecież 11-latka wychowana w naszych czasach na pewno wie, o co chodzi – mówi.
Przy okazji podpytuję ją, jak to zainteresowanie dziewczynek makijażem ma się do rozwoju.
– W okresie wczesnego dojrzewania, a 11-latka z pewnością się w nim znajduje, dochodzi do intensyfikacji płci. Inaczej mówiąc, wzmocnienia różnic płciowych, podkręcenia kobiecości czy męskości. A więc to zidentyfikowanie się z kobiecością jest elementem procesu rozwojowego.
– Ale dlaczego ja w tym wieku nie miałam takich makijażowych potrzeb? – dziwię się.
– A co znaczyło być kobietą w czasach, gdy miałaś 11 lat? Nasze mamy nie miały takiego dostępu do kosmetyków. Może zamiast tego kręciły sobie włosy lokówką albo nosiły kolorowe spódnice. I ty też tak chciałaś. Taki był model kobiecości. Współczesne dziewczynki mają obraz kobiety z internetu – wymalowanej i seksualnej. I pewnie to próbują naśladować.
Psycholożka dodaje, że jednocześnie warto pokazywać córkom różne, nomen omen, twarze kobiecości. Żeby widziały nie tylko panie, dla których idealny makijaż jest – jak się wydaje – bardzo ważny, ale też kobiety, które zupełnie się nim nie przejmują.
Zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sprawy – na wpływy rówieśnicze. Na tym etapie życia mają one ogromne znaczenie. Jeśli inne dziewczynki w klasie mają kosmetyki, to naturalne, że i nasze córki będą tego chciały.
– I nie ma co z tym walczyć – przypominam sobie słowa dziś 16-letniej Marysi, byłej mistrzyni czarnych kresek i tapety na twarzy. – To nie jest aż takie zło.
Chemia na twarzy
No dobrze, jestem w stanie przyjąć, że makijaż to szkolna moda. Ale mam wątpliwości innej natury. Zdrowotnej. Nie sądzę, żeby kosmetyki kolorowe były obojętne dla cery, szczególnie tej młodej i delikatnej. Mają składniki, które z pewnością jej nie służą: podrażniają, uczulają, zapychają pory.
– Ale mamo, są specjalne kosmetyki dla nastolatków! – tłumaczy mi Tosia.
I pokazuje na ekranie telefonu stronę pewnej marki kosmetycznej, a na niej symbole: „testowane dermatologicznie”, „wegańskie”, „ekologiczne”…
Znaczki znaczkami, postanawiam jednak poradzić się ekspertki. Dzwonię do zaprzyjaźnionej kosmetolożki, Justyny Jankowskiej.
– Najgorsze dla młodych cer są podkłady – wyjaśnia. – Zwykle są tłuste, bo zawarte w nich barwniki rozpuszczają się właśnie w tłuszczu. Jak młode dziewczyny się nimi malują, robią im się zaskórniki. A że młoda cera rozregulowuje się na skutek zmian hormonalnych, nie koniec na tym. Bakterie rozkładają wydzielinę ujść gruczołów i pojawiają się wypryski…
Podobno jeszcze gorsze są cienie do oczu – zawierają nie tylko tłuszcz, ale i metale ciężkie, które świetnie się wchłaniają przez delikatną skórę na powiekach. Lepiej się więc od nich trzymać z daleka tak długo, ja się da.
Co więc radzi kosmetolożka początkującym makijażystkom? Żeby zacząć od tuszu do rzęs. Warto wybrać taki z linii dermatologicznej. W żadnym razie nie wodoodporny czy pogrubiający. I koniecznie trzeba go wieczorem zmyć. Delikatny błyszczyk, jej zdaniem, też jest OK. I oczywiście im krótszy skład kosmetyku, tym lepiej.
Na koniec Justyna Jankowska ostrzega przed tanimi kosmetykami. Nie tylko kolorowymi, ale też np. maseczkami, które dziewczynki uwielbiają. Takie maseczki kuszą kolorowymi opakowaniami, brokatem i egzotycznymi nazwami. Trudno się powstrzymać.
Twoja też chce się malować?
– Antosia chce się malować – żalę się przez telefon przyjaciółce.
– Co tydzień mamy z Anielką rozmowę na ten temat! – wykrzykuje przyjaciółka, której córka jest w tym samym wieku.
– I co jej mówisz? – dopytuję się.
– Że ma jeszcze czas.
– A czy twoja Anielka też marzy o kosmetykach firmy „F”?
– Nie, moja woli kosmetyki piosenkarki „K”. Ona też ma własną markę kosmetyczną.
No właśnie. Mam pewną hipotezę – skąd oprócz kwestii rozwojowych i klasowej mody nagłe zainteresowanie makijażem u mojej córki. Kilka miesięcy temu Tosia – podobnie jak jej koleżanki – wkręciła się w pewien serial na Netfliksie. Nastoletnia aktorka, grająca główną rolę, stworzyła własną markę kosmetyczną. Tosia jest nimi zafascynowana: i aktorką, i marką. Jest gotowa wydać swoje zaoszczędzone pieniądze na produkty firmowane przez ukochaną gwiazdę. Okazuje się, że z Anielką było podobnie. Inna celebrytka i inne produkty, ale mechanizm ten sam.
Kiedy to sobie uświadomiłam, zaczęła narastać we mnie złość na firmy, które wciągają dzieci w machinę zakupów. Kreują potrzeby – takie jak kosmetyki dla nastolatek. Podtrzymują zainteresowanie nimi, tworząc serie i zatrudniając do promocji i młodzieżowych influencerów. A przy okazji drenują portfele rodziców.
Dobrze by było uodpornić na to dzieci. Choć to całkiem inny – duży – temat.
Rozmowa
Przemyślałam sprawę, zebrałam argumenty. Jestem gotowa do rozmowy z córką. Okazja nadarza się na spacerze. Mówię jej, że zastanowiłam się już nad tym makijażem. Tłumaczę, z czego wynika mój opór.
– Nie chcę, żebyś zbyt wcześnie wchodziła do świata dorosłych. Masz na to jeszcze czas – mówię. – A makijażem, podobnie jak obcisłymi ciuchami, wysyłasz otoczeniu sygnał, że jesteś starsza niż w rzeczywistości.
Chyba to trafia do Tosi.
Pora na argument zdrowotny. Streszczam jej rozmowę z kosmetolożką.
– Aha, czyli mogę się trochę malować – podsumowuje Tosia.
– Na co dzień nie. Ale raz na jakiś czas, delikatnie, i dobrymi kosmetykami, owszem.
Na koniec zostawiam sobie najtrudniejszą, jak przewiduję, część rozmowy. Tę o machinie marketingowej i wykorzystaniu twarzy np. popularnych aktorów i aktorek do sprzedaży ciuchów, perfum czy telefonów. Tłumaczę córce, daję przykłady, pokazuję mechanizm. Tosia kiwa głową, rozumie. Ale, obawiam się, że jej ochota na malowanie się – a raczej na kupowanie kosmetyków „F” – nie słabnie. Niestety, połknęła już haczyk. Będę się musiała tym zająć. Później.
– A dlaczego właściwie chcesz się malować? – pytam, zmieniając temat.
I w duchu robi mi się wstyd, że dopiero teraz wpadłam na to, żeby zadać to pytanie. Przecież od niego należało zacząć! No trudno. Lepiej późno niż wcale.
– Nie wiem. Bo chcę – pada odpowiedź. – Żeby się nauczyć malować. I dla zabawy – ciągnie po chwili. – Ale mamo, ja przecież nie chcę się jeszcze malować na lekcje! Tak tylko pytam.
– Nie chcesz teraz? Serio? – oddycham z ulgą. – A kiedy byś chciała?
– W siódmej, ósmej klasie. Ale lekko.
– Wiesz, dla mnie ósma klasa też jest OK. Tusz i błyszczyk, dobrze?
– Dobrze – słyszę.
– I kupimy je razem, OK?
– OK.
Uff.
Jak to mówią w Ameryce: one down, many more to go. W wolnym tłumaczeniu: jedno załatwione, jeszcze wiele zostaje do załatwienia.