O tym, jak w Ukrainie postrzegana jest dziewczyńskość i kobiecość, o używaniu feminatywów, reakcjach na seksistowskie uwagi i o tym, że choć wszyscy byliśmy dziećmi, niekoniecznie je rozumiemy, opowiada Tetiana Sanina, socjolożka, wykładowczyni na Uniwersytecie Narodowym „Akademia Kijowsko-Mohylańska”.
Pracujesz jako mediatorka, pomagasz parom rozmawiać w czasie rozstania. Jakie napięcia związane z rolami kobiecymi i męskimi są teraz żywe w Ukrainie?
Rozwiązuję konflikty między rodzicami, czasem między nastoletnimi dziećmi i ich rodzicami, pracuję też z dziećmi po piątym roku życia. Jako mediatorka działam teraz w ramach organizacji pozarządowej National Association of Mediators of Ukraine, bo mediacja jeszcze u nas nie wchodzi w struktury sądowe. Mam 42 lata i pracuję głównie z parami w moim wieku, ludzie po pięćdziesiątce raczej nie chodzą do mediatorów. Moi klienci to zwykle osoby z wyższym wykształceniem, w Ukrainie ma je dużo ludzi – zgodnie z danymi ministerstwa edukacji z 2017 roku posiada je 79 proc. osób w wieku 20–26 lat, zgodnie z badaniami z 2019 roku – 53 proc. pracujących Ukraińców i Ukrainek [1], w porównaniu na przykład do 51 proc. w Kanadzie czy 38 proc. w Wielkiej Brytanii. Najczęściej zmagają się z wewnętrznym konfliktem – wiedzą, jak wyglądają relacje w Europie, znają je z filmów, ale w środku słyszą głos swoich rodziców, którzy wyznają tradycyjny światopogląd. Kobiety zwykle są bardziej progresywne, a mężczyźni – zagubieni, nie mogą sobie znaleźć miejsca. Kobiety wiele od nich oczekują – chcą, by byli żywicielami rodziny, ale jednocześnie, aby mieli w sobie więcej łagodności, byli dobrymi ojcami dla dzieci. Moje pokolenie jest jeszcze pogubione, nie znalazło tego punktu, w którym rodzina i praca się balansują. Jesteśmy w procesie. Następne pokolenie prawdopodobnie będzie trochę bardziej wolne od tradycyjnych przekonań, ale – z drugiej strony – jeśli dorośli, którzy mieli wpływ na jego wychowanie, są pogubieni, również ich dzieci do pewnego stopnia takie będą.
Sześć lat temu, wraz z falą czarnych protestów przeciwko zmianom w prawie, wiele Polek przeżyło swoje feministyczne przebudzenie. Czy w Ukrainie był podobny moment?
Myślę, że możemy o tym mówić w kontekście wojny. Widziałam taki mem: Rosjanin rozmawia z Ukrainką i pyta: „Dlaczego sądzisz, że jesteś wolną kobietą? Przecież żyjesz w patriarchacie”. A ona odpowiada: „Tak, ale teraz pozwalają nam zabijać Rosjan”. Nie jest to zabawne, ale pokazuje sytuację. W 2014 roku wiele kobiet pojechało walczyć na wschodzie Ukrainy, od tamtej pory liczba kobiet w armii bardzo wzrosła, co widać nawet na paradach wojskowych z okazji Dnia Niepodległości. Kobiety walczą, ale mówimy też o Niewidzialnym Batalionie i ten właśnie Невидимий батальйон [2] ma pokazać obecność kobiet w armii nie tylko jako żołnierek, ale też osób pracujących w kuchni, w zaopatrzeniu albo jako wolontariuszek. To pomogło nam zabrać głos. Moja córka ma dziś 19 lat, ale kiedy to się zaczęło, miała 11. Uczyła się kung-fu i jeden z jej pomysłów na siebie dotyczył kariery wojskowej, choć ostatecznie wybrała aktorstwo.
Mam wrażenie, że wojna pomogła jej i innym dziewczynkom zobaczyć, że mogą odgrywać role bardzo różne od tradycyjnych – nie tylko w kuchni, nie tylko z rodziną, nie tylko przy prostych pracach. Wojna pomogła nam się też zjednoczyć.
Mamy silny ruch wolontariacki, w który angażuje się wiele kobiet. Część z nas stała się również ekspertkami w swoich dziedzinach i widać już, że jeśli jesteś ekspertką, mężczyźni cię posłuchają, nawet jeśli są to żołnierze.
A czy idea siostrzeństwa też robi sobie u was coraz więcej miejsca?
Poza kręgiem feministycznym, gdzie w social mediach wspieramy się, choćby polecając sobie nawzajem lekarki, inżynierki czy projektantki, to raczej jeszcze nie. Mamy problem z wewnętrzną mizoginią – kobiety dokuczają innym kobietom. Jest cała seria żartów na ten temat, w których powraca motyw, że nie ma gorszego miejsca pracy niż praca z kobietą. Teraz powoli odpływamy od takiego nastawienia, ale jeszcze nie zbliżamy się do siostrzeństwa w społeczeństwie.
Czy u was też trwa dyskusja dotycząca używania feminatywów?
Oficjalnie od trzech lat można ich używać, ale nie trzeba. W języku ukraińskim można je utworzyć na kilka sposobów. Ci, którzy im się sprzeciwiają, próbują robić prześmiewcze wersje, bolesne – na przykład używając końcówki -kycia – w słowach typu bijkycia, matematykycia, krytykycia, oficerkycia, feminikycia – która oznacza kocicę. Dodatkowo w Ukrainie niektóre kobiety nie chcą być określane feminatywami, bo sądzą, że to obniża ich status. Wiele z nas ich nie stosuje w odniesieniu do siebie samych, ale gdy na przykład piszę jakiś artykuł i proponuję kobiecie pojawiającej się w nim czy cytowanej wersję z żeńską końcówką, zgadza się. Ja zawsze używam feminatywów.
Pewnie trudno tu o jakieś generalizacje, ale gdybyś miała się o nie pokusić, jakie są dziś w Ukrainie modele rodziny?
W Kijowie mieszka więcej rodzin progresywnych. Zachód – Lwów, Łuck i okolice – to rejon bardziej tradycyjny, co jest związane z większą religijnością jego mieszkańców.
Kobiety wszędzie borykają się z koniecznością spełniania wielu często sprzecznych oczekiwań – wiele z nas chce zarabiać pieniądze i być dobrymi mamami zaangażowanymi w życie rodziny – ale w zachodniej Ukrainie kobietom jest jeszcze trudniej, bo często spada na nie dodatkowo obowiązek pomocy swojej mamie, która zwykle mieszka na wsi, posiada ziemię, więc oprócz pracy w biurze trzeba się włączać w prace na roli.
Te tradycje są we Lwowie bardzo silne, w Kijowie nie musimy się aż tak starać. Z kolei wschodnia Ukraina jest mniej religijna, pewnie z powodu wpływu komunizmu, ale jednocześnie jej mieszkańcy światopogląd mają tradycyjny, co też pewnie ma związek z dziedzictwem postradzieckim. Badania grupy socjologicznej Rating z 2021 roku wskazują, że Ukraińcy zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie są w podobnym stopniu konserwatywni, jedyna różnica polega na tym, że na zachodzie wykazują mniejszą tolerancję wobec osób niereligijnych, a na Wschodzie – wobec osób LGBT. Oczywiście duże miasta, jak Dniepropietrowsk, są bardziej tolerancyjne i progresywne.
A jak jest na wsiach?
Zdecydowanie bardziej konserwatywnie. A jednak podkreśliłabym, że w Ukrainie mamy silną historię kobiecą – gdy Kozacy szli na wojnę, kobiety zajmowały się wszystkim: domem, dziećmi, sprawami wsi.
W naszej pamięci historycznej kobieta jest wystarczająco silna, by dać sobie radę sama. Wojna osiem lat temu i wojna teraz wspierają to przekonanie. Możemy być kruche w czasie pokoju, ale kiedy pojawia się taka konieczność, możemy się zmienić.
Mamy zresztą swoje opowieści, eposy o kobietach, które były wystarczająco sprytne i silne, by oszukać wroga.
A czy granica pomiędzy tym, co wolno dziewczynkom, a co chłopcom, wciąż jest ostro zarysowana?
Urodziłam się w ZSRR w 1980 roku, przechodziłam przez wiele etapów, by zrozumieć kobietę we mnie. Mam wrażenie, że wiele kobiet z mojej bańki społecznej odbyło podobną drogę. Podkreślę, że większość moich znajomych skończyła Uniwersytet Narodowy „Akademia Kijowsko-Mohylańska”, więc podzielają pewne wartości.
Jak widzisz, mam na sobie koszulkę z księżniczką Leią, tu jest napisane: „Delikatna nie jak kwiatek, a jak bomba”. Mnie ta księżniczka połączyła dziewczyńskość z siłą.
Wychowałam się w latach 90. i byłam chłopczycą. Dziadek był wojskowym, a ja jego jedyną wnuczką, więc to mnie przynosił zabawkową broń, którą rozdawałam chłopcom na podwórku i razem bawiliśmy się w wojnę. Czułam się w tym świetnie. Urodziłam córkę w wieku 22 lat, moje przekonania były wtedy bardzo zdecydowane i dużo uwagi poświęcałam temu, by nie uczynić z niej księżniczki. Wokół mnie nie było zbyt wielu kobiet wspierających to podejście. Kiedy córka miała mniej więcej dwa lata, powiedziała mi, że lubi długie sukienki. To był dla mnie szok i rozczarowanie, że mimo moich starań chce być księżniczką. Pomstowałam na ten straszny świat, który wpływa na nią bardziej niż ja. Kilka lat zajęło mi zrozumienie, że dziewczynka, a potem młoda dziewczyna, która próbuje się odnaleźć, powinna mieć wybór, czy chce nosić sukienki, czy spodnie; że nie powinnam na siłę wciskać jej w spodnie ze względu na moje własne uprzedzenia. I przestałam to robić. Kiedy miała dziesięć lat, więcej czasu poświęcałyśmy na rozmowę o różnych rolach w różnych sytuacjach – w jednych możesz być delikatna i rozumiejąca, a w innych silniejsza, może nawet agresywna. Po prostu sama poznawałam siebie w procesie wychowywania córki, obie uczyłyśmy się rozumieć, kim jesteśmy. Razem oglądałyśmy Gwiezdne wojny, Krainę lodu i historie różnych niebanalnych Disneyowskich księżniczek.
A jak te granice kształtują się w kwestii wyglądu?
Mam wrażenie, że sytuacja chłopców jest trudniejsza niż dziewczynek. W naszym społeczeństwie pokutuje silna obawa przed byciem gejem. Nawet ludzie w moim wieku, którzy żyją w środowisku, gdzie obowiązują bardziej tradycyjne poglądy na rodzinę, mają silniejsze przekonania co do tego, jak chłopcy i dziewczynki powinni wyglądać i się zachowywać.
Dziewczynkom jest łatwiej wyglądać niestereotypowo również dlatego, że to w porządku wyglądać jak chłopak – w końcu „mężczyzna to najlepsza wersja człowieka”.
Kiedy chłopcy próbują wyglądać „jak kobiety”, to dla wielu dorosłych jest wręcz obraźliwe – czemu mężczyzna miałby chcieć być „gorszą” istotą? Chłopcom trudniej pozostać sobą. Szczególnie jeśli robisz coś „niemęskiego”, na przykład tańczysz balet.
W Polsce coraz częściej w kampaniach reklamowych pokazuje się różne kobiece ciała, ruchy body positivity czy body neutrality zaczynają wpływać na rzeczywistość. Czy ruchy na rzecz urealnienia wizerunku kobiecego ciała są u was mocno obecne?
Body positivity to oczywiście trend, pojawia się więc w social mediach i magazynach kobiecych, ale to jeszcze nie ruch. Jednak obserwuję ważną zmianę wywołaną przez społeczeństwo obywatelskie.
Jeśli jakiś polityk albo celebryta powiedzą coś seksistowskiego, skomentują wygląd – czy to pozytywnie, czy negatywnie – społeczeństwo reaguje.
Pojawiają się dyskusje w social mediach, komentarze dziennikarek w prasie czy telewizji – problem staje się widzialny. Politycy i inni znani ludzie muszą uważniej dobierać słowa. W pierwszym roku prezydentury ekipa Zełenskiego była dość seksistowska, sypała seksistowskimi żartami, komentowała wygląd polityczek. Po kilku skandalach na dobre się z tego wycofali. Nie mamy więc kampanii celowanych, ale ludzie reagują i starają się wyznaczać granice.
Czy macie w szkołach edukację seksualną?
To obszar nieuregulowany przez państwo. Mamy dwa przeciwstawne ruchy, które próbują wywrzeć wpływ w tej sprawie. Progresywny zabiega o to, żeby edukację seksualną wprowadzono w szkole. Ruch ten kładzie nacisk na to, że dzieci, szczególnie dziewczynki, powinny wiedzieć więcej o kulturze seksualnej. W ramach tego ruchu tworzone są kampanie społeczne, powstają książki, do działań zapraszani są eksperci i ekspertki, na przykład Sexinforia (https://sexinforia.com/) lub Necessary Education (https://necessary.education/biology), ruch LGBT+ i organizacja Fulcrum UA. Działaczka Yulia Yarmolenko, która udziela się w wielu projektach związanych z edukacją seksualną, była wielokrotnie prześladowana przez prawicowych radykałów, grożono jej. Drugi, przeciwstawny ruch w dziedzinie edukacji seksualnej jest powiązany z Kościołem, który oczywiście ma zupełnie odmienny punkt widzenia. W obrębie tego ruchu realizowane są projekty zainicjowane przez kościoły lub radykalnie prawicowe organizacje, w tym antyfeministyczne. Ruch konserwatywny proponuje dwa kursy, jeden O podstawach życia rodzinnego, a drugi O etyce chrześcijańskiej, i uważa, że książek o edukacji seksualnej trzeba zakazać. Oba ruchy lobbują; ten związany z Kościołem szczególnie na poziomie lokalnym w bardziej religijnych regionach zachodu, ale rząd w to nie ingeruje.
A jak wygląda wspieranie dziewczynek w uczeniu się stereotypowo „mniej dziewczyńskich” przedmiotów?
Mamy na przykład ruch STEM – Дівчата STEM (https://divchata-stem.org/) – który inspiruje dziewczynki do uczenia się, prowadzi kursy, organizuje wydarzenia, współpracuje ze szkołami. Ale znów – nie stoi za tym państwo, tylko sektor prywatny lub organizacje pozarządowe, także zachodnie. Mamy też instytucję o nazwie Індустріальний Гендерний Комітет з Реклами (http://uam.in.ua/gkr/ukr/), gdzie możemy zgłaszać seksizm w reklamach, z czego zaczęliśmy korzystać więcej w ostatnich latach, prawdopodobnie dzięki rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego.
Były też wspaniałe kampanie uwidaczniające na przykład kobiety w policji – dziewczynki mogły się z policjantkami spotkać i porozmawiać. Dla wielu z nich to pewnie było otwierające doświadczenie.
Nastąpiła też zmiana w polityce – jest w niej więcej kobiet, bo od 2019 roku mamy zagwarantowany parytet wyborczy – 43 proc. kobiet. W Najwyższej Radzie Ukrainy w 1990 roku zasiadało 3 proc. kobiet, w 2019 – 21 proc. A potem uchwalono parytet. Wiele młodych kobiet, które skończyły 18 lat, zasiada też w radach miejskich i wiejskich, mają perspektywy na wejście do wielkiej polityki.
A w świecie nauki wiele jest kobiet?
Naukę w Ukrainie reprezentują głównie mężczyźni po 70. roku życia. To duży problem. Naukowczynie raczej wybierają emigrację, również dlatego, że świat nauki jest u nas niedofinansowany. Boli mnie, że je tracimy, a wraz z nimi tracimy też wzorce, które mogłyby być inspiracją dla kolejnych pokoleń. Nasz biznes też jest jeszcze zdominowany przez mężczyzn, podobnie jak świat sztuki, dlatego na przykład wiele reżyserek czy operatorek wyjeżdża za granicę, by nie musieć się przebijać przez gruby mur.
Wspomniałaś, że świat nauki jest niedofinansowany. Czy są jakieś badania dotyczące dzieciństwa w Ukrainie?
Nie mamy wielu badań o dzieciach i nastolatkach, bo nie ma kto ich finansować, o ile nie dotyczą alkoholu, narkotyków, HIV czy przemocy szkolnej. Chyba że robią to międzynarodowe organizacje, jak UNICEF. Czasem przeprowadzane są krótkie badania w innych obszarach, jak to sfinansowane przez Ukrainian Cultural Fundation o życiu dzieci w czasie pandemii – ich edukacji, czasie wolnym, przyjaźniach (https://childrencovid19.org.ua/en/).
To prawdopodobnie pierwsze w Ukrainie kompleksowe badania dotyczące stylu życia dzieci – tyle że o to, jak dzieci sobie radziły, pytano dorosłych, co jest nie w porządku.
To mnie boli, bo uczę socjologii dzieciństwa i wiem, że najwyżej dwa uniwersytety w Ukrainie kurs o podobnej tematyce regularnie proponują swoim studentom, z czego jeden to Uniwersytet w Charkowie, który został zniszczony. Przygotowując się do zajęć, znajduję badania dotyczące dzieciństwa z Europy, USA, Rosji, ale nie z Ukrainy.
A jaki masz najważniejszy przekaz dla swoich studentów i studentek?
Że dzieci to również ludzie.
Byłabyś zaskoczona, ale nawet 20‑, 21-letni studenci i studentki, którzy sami niedawno byli dziećmi, nie postrzegają dzieci jako podmioty, tylko obiekty. Każdego roku obserwuję, jak się zmieniają, gdy zaczynamy mówić o tym, z jakimi problemami dzieci się mierzą, jak trudno być dzieckiem, jak rodzice bywają nadopiekuńczy i ograniczający, o historii dzieciństwa.
Czytamy Janusza Korczaka, który też mówił o tym, że nie powinniśmy ograniczać życia dzieci do oczekiwań, jakie względem nich mamy. Studenci i studentki są zaskoczeni, że te myśli pochodzą sprzed tak wielu lat. Pod koniec kursu zwykle zmieniają zdanie na temat dzieciństwa, rozumieją, że na wiele pytań nie ma jednej dobrej odpowiedzi, przestają je wymyślać z perspektywy dorosłego. Moje przesłanie: słuchaj i zadawaj pytania. Choć wszyscy byliśmy dziećmi, nie znaczy, że je rozumiemy.
Czy masz wrażenie, że percepcja dzieciństwa, jego wagi, jego obrazów, zmieniła się w Ukrainie w ostatnich latach?
Kiedy obserwuję dyskusje w social mediach i informacje publikowane w mediach masowych, mam wrażenie, że podążamy za globalnymi trendami zmiany podejścia z „dzieci muszą być chronione” na „dzieci potrzebują wolności wyboru”. Ale idzie nam raczej powoli ze względu na tradycyjną percepcję roli rodziny. Dociera do nas wiele wykładów, książek, prezentujących nowe podejścia, ale przed nami jeszcze wiele do zrobienia.
Tetiana Sanina – socjolożka, absolwentka i wykładowczyni na Uniwersytecie Narodowym „Akademia Kijowsko-Mohylańska” (Kyiv-Mohyla Academy), przewodnicząca Charodim Resource Center for Children and Adolescents, badaczka dzieciństwa, mediatorka rodzinna, wolontariuszka National Association of Mediators of Ukraine, autorka artykułów popularnonaukowych. Mieszka w Kijowie.
Przypisy:
[1] Gitis T., Evseichik A., Spirato A., Andriychuk M., The Level of Education Is in Ukraine: Research of Dynamics in the Context of Providing of Quality of Labour Force