Jaką wartość rynkową ma praca, która wykonujemy w domach? I czy w ogóle możliwa jest jej wycena? Magda Moskal sprawdza to w tekście z cyklu O czym rozmawiają matki na świecie

Plakat stworzony przez Nowojorski Komitet Płac za Pracę Domową w 1974 roku, wykonany z użyciem czerwono-niebieskiego szablonu, głosi: „Kobiety na całym świecie wysyłają zawiadomienie! Chcemy płac za każdą brudną toaletę, każdą nieprzyzwoitą napaść, każdy bolesny poród, każdą filiżankę kawy i każdy uśmiech. A jeśli nie dostaniemy tego, czego chcemy, po prostu odmówimy dalszej pracy!”. W centrum plakatu widnieje Statua Wolności, ze zmęczoną twarzą, miotłą w jednej ręce i garścią pieniędzy w drugiej. Dzieci chwytają ją za szaty, a u jej stóp leżą brudne naczynia. Taka książka musiała przykuć moją uwagę.

Emily Callaci, Wages for Housework: The Feminist Fight Against Unpaid Labor

Feministki rozpoczęły kampanię „Płaca za pracę domową” w 1972 roku. Jednak słowo „kampania” nie do końca oddaje jej sens. „Płaca za pracę domową” można chyba najlepiej rozumieć jako perspektywę polityczną, która wychodzi z założenia, że kapitalizm czerpie bogactwo nie tylko z pracowników, ale także z nieodpłatnej pracy związanej z rodzeniem i utrzymywaniem pracowników – pisze Emily Callaci. Pracodawca, który zatrudnia pracownika, otrzymuje więcej niż to, za co płaci: otrzymuje pracę osoby, która pojawia się w pracy, oraz pracę drugiej osoby, która jest w domu i go utrzymuje (we wczesnych tekstach kampanii osoba pracująca najemnie domyślnie miała rodzaj męski). Ta druga osoba żywi pracownika, sprawia, że jego dom nadaje się do zamieszkania, pierze mu ubrania, robi zakupy, pielęgnuje jego ciało i duszę, wychowuje jego dzieci.
Ta ukryta praca sprawia, że pracownik może przyjść i cały dzień pracować dla swojego szefa, co oznacza, że praca domowa nie jest bezproduktywna albo „zewnętrzna” wobec ekonomii, ale jest główną składową systemu kapitalistycznego. Jednak te, które ją wykonują, nie dostają nic z bogactwa, które wytwarzają. To najlepsza, najbardziej dosadna definicja wykorzystywania pracy domowej przez kapitalizm.

Systemowe wykorzystywanie jest pięknie ukryte za potężnym mitem – że kobiety są naturalnie predestynowane do pracy domowej. Postulat pensji za pracę domową był – i nadal jest – tak szokujący, bo wiele osób jest zdania, że feministki żądają pieniędzy za to, co kobiety robią z miłości.

Jeden z moich ulubionych sloganów kampanii (wymyślony przez Silvię Federici) – pisze autorka – brzmi: Oni mówią, że to miłość. My mówimy, że to nieodpłatna praca.
Cele, wnioski i argumenty kampanii z lat 70. XX wieku wydają nam się dziś niesamowicie nowoczesne i bardzo odkrywcze, jeśli chodzi o wykorzystywanie pracy reprodukcyjnej, czyli tej świadczonej na rzecz utrzymania obecnych i przyszłych pokoleń, przez kapitalizm w jego wynaturzonej formie.
Członkinie Wages for Housework chciały zniszczyć to, co uważały za fałszywy rozdział między pracą w kapitalistycznym rozumieniu a pracą na rzecz rodziny i społeczeństwa. Cały ruch jest krytyką nie tylko kobiecej opresji, ale kapitalizmu w ogóle. Aktywistki argumentują, że każda praca, która przypomina pracę domową, jest niedowartościowana, ponieważ rynek wie, że kobiety wykonują podobne rzeczy za darmo. Kiedy rządy tną wydatki na edukację, opiekę zdrowotną i opiekę nad seniorami, seniorkami i chorymi, wykorzystują to, że kobiety wypełnią tę lukę i wykonają potrzebną pracę bez zapłaty, żeby tylko ich rodziny przetrwały!

Niektóre feministki uważały tę koncepcję za zbyt radykalną – obawiając się, że płaca za pracę domową zaprosi kapitalizm do domów. I zwracając uwagę, że tak w ogóle to nie chodzi o pieniądze, tylko o szacunek.

Niektóre bały się, że gdy nastąpi płacenie za pracę domową, rząd może zażądać od kobiet rodzenia dzieci. Inne uważały, że kwestia płacy jest kluczowa; że to nie jest ćwiczenie intelektualne, ale walka, żeby konkretne pieniądze trafiły wreszcie do kieszeni kobiet. Mimo ogromnego wpływu, jaki wywarły, członkiniami ruchu było nie więcej niż kilkadziesiąt zaangażowanych kobiet.
Dzięki książce poznajemy bliżej kilka bohaterek, takich jak Amerykanka Selma James czy Włoszka Mariarosa Dalla Costa – które uważały się za intelektualnie niedopasowane, bo czuły, że marksiści (zwłaszcza włoscy) ignorują kobiety, a feministki ignorują kwestie klasowe – a także niezwykle dziś popularną Silvię Federici. Włoszki miały o tyle gorzej, że do wszystkich kapitalistycznych nacisków dochodził potężny patriarchat, który oznaczał, że kobieta po pracy zawodowej miała zająć się dziećmi, domem… i mężczyzną, którego powinna nie tylko nakarmić, ale wręcz „odmłodzić” (ang. rejuvenate) po ciężkiej pracy!
Niepracująca mężatka staje się nie tylko zależna od męża – często zostaje odbiorczynią jego frustracji (patrz ekstremum: włoskie kobietobójstwa!). Z kolei na mężczyznę spadają frustracje żony. Mężowie robią się również bardziej wrażliwi w miejscu pracy przez fakt, że kobiety nie pracują i to oni stanowią jedynych żywicieli rodziny, w związku z czym trudno jest im np. strajkować. Koło się zamyka.
Autorka, historyczka, pisze w zakończeniu książki o tym, jak sama zinternalizowała przekonanie, że jeśli się chce wyjść na kogoś interesującego i utalentowanego, trzeba jak najrzadziej wspominać o pracy reprodukcyjnej, którą się wykonuje – lepiej już pisać chociażby o etyce troski. Jednak w Wages For Housework prace domowe po prostu ją dogoniły i uczyniła je w końcu tematem badań i książki.

Podobał Ci się ten artykuł
i chcesz więcej wartościowych treści?

Podobał Ci się ten artykuł
i chcesz więcej wartościowych treści?