Wydawałoby się, że wyżywienie czteroosobowej rodziny to bułka z masłem. Szczególnie w świecie, w którym półki sklepowe uginają się pod ciężarem jedzenia. Tymczasem w naszym domu prowadzone są cztery kuchnie. Wymaga to czasu i zaangażowania znacznie większego niż ugotowanie rosołu i upieczenie kurczaka, którym obdzielisz całą rodzinę. A ja – mimo 10 lat kulinarnych doświadczeń – wciąż szukam świętego Graala. Choć dokonałam już kilku przełomowych odkryć podczas tej wyprawy!
Na podobną ekspedycję – chcąc nie chcąc – wyrusza pewnie każdy, kto staje się odpowiedzialny za wyżywienie dziecka. I każdy w wyprawie po swojego kulinarnego świętego Graala pewnie napotka jakieś wyzwania. Nasze pojawiły się już na samym początku.
Uczestnicy ekspedycji:
Matka (czyli ja): wychowana na typowej polskiej kuchni ziemniaczano-ciężkostrawnej. Od kilku lat nie je mięsa i stara się ograniczyć ziemniaki. Ma fisia na punkcie ekologii i slow foodu. Nie potrafi kupić w sklepie nic, co ma w składzie cukier, konserwanty, stabilizatory czy sztuczne barwniki. Nie lubi gotować – brakuje jej wyobraźni i cierpliwości. Ciągle coś przypala. Na zimę wekuje słoiki.
Ojciec: najchętniej zjada swoje kompozycje (większość jest niezjadliwa dla innych). Nie lubi zup i gotowanych warzyw, za to uwielbia ayran, kiełki, surowe ziarna i jaja. Ceni szybkość i wygodę, dlatego chętnie kupuje dzieciom garmażerkę i mrożoną pizzę.
Starsza córka: zwierzę niemal wszystkożerne. Lubi zdrowo się odżywiać i eksperymentować ze smakami. Potrafi zjeść nawet coś, co niezbyt jej smakuje – o ile nie będzie to mięso lub zbyt słodka potrawa.
Młodsza córka: francuski piesek mógłby chodzić do niej na korepetycje. Ma bardzo wyśrubowane oczekiwania względem smaku, wyglądu, konsystencji i temperatury tego, co znajduje się na talerzu. Od urodzenia stosuje monodiety. Prawdziwa miłośniczka czekolady i pizzy margherity.
Wyzwanie pierwsze, czyli alergia
Kłopoty zaczynają się wraz z alergią starszej córki. Zanim dorośniemy do testów i znajdziemy „wroga”, wspieram się wiedzą innych matek, chwalących się sukcesami w zwalczaniu objawów alergii u swoich dzieci. I tak zaczyna się gotowanie zgodnie z kuchnią pięciu przemian, przesiadywanie na blogach Smakoterapii i MAG (Mama Alergika Gotuje). Sukcesy? Połowiczne.
Córka co prawda z zapałem zajada kolejne jaglanki czy pięcioprzemianowe placuszki, za to alergia ma moje wysiłki w głębokim poważaniu i robi swoje. Frustrujące, ale przynajmniej uczę się gotować coś innego niż kurczak z ziemniakami.
Poza tym – dzięki nieposkromionemu apetytowi córki – na tym etapie ekspedycji tkwię w przekonaniu, że zapewnienie dziecku zdrowej, różnorodnej, wolnej od cukru diety otworzy je na wszelkie smaki i potrawy. Bo pierworodna chętnie je wszystko, co kładziemy jej na talerzu. Kłopoty zaczynają się dopiero przy żywieniu zbiorowym na jakichś turnusach czy w restauracjach, gdzie jedzenie okazuje się za słone, zbyt tłuste lub zbyt słodkie, i moje – do tej pory wszystkożerne dziecko – wstaje głodne od stołu. To dla mnie pierwsza słodko-gorzka lekcja.
Moje pierwsze odkrycie: żadna dieta nie zagwarantuje mi sukcesu w radzeniu sobie z alergią.
Fotografia: Cottonbro, Pexels
Wyzwanie drugie, czyli niejadek
Prawdziwy chrzest bojowy funduje mi dopiero młodsza córka. Jeśli po tej starszej mam jeszcze jakiekolwiek złudzenia, że dobrym gotowaniem mogę otworzyć dziecko na wszystkie smaki – teraz czas się z nimi pożegnać. Bo młodsza córka od początku naszej wspólnej wędrówki stosuje monodiety.
Już wprowadzenie pierwszych pokarmów okazuje się wielkim wyzwaniem. Jedzenie zostaje sprowadzone do roli kolejnej zabawki. Po wymemłaniu nim stołu, siebie i podłogi córka radośnie wtula się w moją pierś i dostarcza sobie kalorii pysznym, ciepłym, matczynym mlekiem. Trwa to miesiąc, drugi, trzeci… Pediatrzy szaleją, wymachują mi siatkami centylowymi przed oczami, straszą niedoborem witamin, a ja podejmuję kolejne próby rozszerzenia diety mojego niemowlaka.
Jako wielka fanka BLW (Baby Led Weaning, czyli po polsku Bobas Lubi Wybór – metoda, w której to niemowlak wybiera, co zje, a dorosły jedynie podsuwa mu różnorodne produkty) pozwalam małej wybierać i stawiam przed nią talerze kolorowe od dóbr wszelakich. Wybór zawsze jest prosty i jednoznaczny: mleko. Z czasem moje zastępujemy modyfikowanym, potem w menu pojawia się krowie, które z kolei wypiera nieśmiertelny napój ryżowy.
Schemat jednak zawsze jest ten sam: ledwo ruszony obiad popity solidną porcją mleka. I to nie znaczy, że córka nie próbuje dań – bo próbuje. Tylko zawsze coś jest nie tak. Albo kolor jej nie odpowiada, albo konsystencja, albo temperatura.
A co najgorsze – wystarczy, że jakaś potrawa raz nie spełni wyśrubowanych oczekiwań, a na długie miesiące trafia na czarną listę. To najtrudniejsze chwile: kiedy stawiam na stole „pewniaka” i nagle ten „pewniak” okazuje się „przegrywem”, bo na przykład zbyt długo jedzone ziemniaki stygną na tyle, że stają się niesmaczne. A to skutkuje wykreśleniem ich z menu mojej córki.
Moje drugie odkrycie: nawet jeśli będę stawać na rzęsach, nie sprawię, że moje dziecko otworzy się na różne smaki i potrawy.
Ekspedycja na zakręcie – przedszkole
Gdy już zaczynam mieć wrażenie, że w tej ekspedycji czekają mnie same przeszkody, nieoczekiwanie pojawiają się sojusznicy. Bo jest coś, co może zdjąć z rodzica kawałek poczucia odpowiedzialności za jakość żywienia dzieci – szczególnie tych, które potrafią stawiać na swoim. Jest to świadomość, że nie jest w tej ekspedycji sam.
W grupie młodszej córki nasza ukochana „ciocia Ewa” wprowadza zasadę samodzielnego nakładania potraw. Niby drobna rzecz, a efekt – olbrzymi! Każde dziecko samo decyduje, ile czego zje. Nauczycielki zachęcają tylko do próbowania różnych dań. Zjawisko rzadkie w polskich przedszkolach. Przypuszczam, że dzięki temu rozwiązaniu w przedszkolu moja córka zjada więcej, niż zjadałaby „normalnie”. A problem żywienia mojej niejadki – na tym etapie ekspedycji – dopada mnie tylko w weekendy!
Żeby wesprzeć siebie i córkę w sprawach jedzeniowych kupuję książkę kucharską dla dzieci. Proste przepisy, zachęcające zdjęcia, ilustracje i naklejki, którymi można „opiniować” smak każdej potrawy. To ma być mój kolejny sojusznik w ekspedycji po żywieniowego świętego Graala – i wygląda jak przepis na sukces!
Córka wybiera potrawę, którą razem przygotowujemy. Potem jest jedzenie i przyklejanie gwiazdek. Udaje nam się to zrobić trzy razy. No, może cztery. Dość szybko młoda kucharka ogranicza swoją działalność do wybierania potrawy i pomagania w jej przygotowaniu. Jeść już nie chce.
Moje trzecie odkrycie: z okazji Dnia Matki dowiaduję się, że… moja latorośl uwielbia ze mną gotować!!!
Wyzwanie trzecie, czyli szkolne obiady
W ekspedycji po żywieniowego świętego Graala placówka może być sprzymierzeńcem, może też ostentacyjnie nie wziąć udziału w misji, chowając się za takimi zasłonami dymnymi jak „menu stołówki”, „wewnętrzne procedury” czy „firma cateringowa”.
Pamiętam moją rozpacz po pierwszym wspólnym zamówieniu obiadów dla młodszej córki. Z miesięcznego jadłospisu pasowały jej tylko trzy dania. Trzy obiady były zapewnione przez szkołę. A co z pozostałymi dwudziestoma??? Nie każda potrawa przetrwa w termosie. Dość szybko przerzucam problem na męża i chyba tylko jego luzackie podejście pomaga mi przetrwać pierwsze szkolne tygodnie. Początki są takie: tata serwuje na obiad to, co mu przyjdzie do głowy, a córka czasem zjada. Czasem. Bo częściej jednak wraca z pełnym termosem i pustym brzuchem.
Zmieniamy więc strategię. Zaczynamy pytać córkę, co zje na obiad. I codziennie pada ta sama odpowiedź „pierogi z serem”. Pierogi w poniedziałek, pierogi we wtorek, środę, czwartek, piątek.
Córka je te garmażeryjne pierogi – ku mojej rozpaczy – przez okrągły rok. Wrzucam na luz, dopiero kiedy koleżanka z redakcji opowiada, że w dzieciństwie jadła tylko leniwe kluski. Patrzę na nią: jest. Cała i zdrowa! Oddycham z ulgą.
Moje czwarte odkrycie: czasem trzeba odpuścić, wziąć głęboki oddech i popłynąć z prądem – bo ważniejsze, żeby dziecko było najedzone i zadowolone niż głodne i złe.
Fotografia: Cottonbro, Pexels
Ekspedycja trwa dalej – strategie przetrwania
Ekspedycja po żywieniowego świętego Graala jeszcze trwa, a ja wypracowałam kilka strategii przetrwania. Bo kto wie, jakie jeszcze zawirowania przed nami? Na razie pomaga mi, gdy pamiętam o kilku sprawach:
- Pytam dzieci, co chcą jeść – dzięki temu zwiększam swoje szanse na sukces kulinarny.
- Serwuję dużo dodatków – nasze ulubione i najwygodniejsze danie to „makaron z dodatkami”. Na stole ląduje mnóstwo miseczek z oliwkami, kukurydzą, zielonym groszkiem, pomidorkami, szpinakiem i wszystkim, co tylko wymyślimy. Każdy sam wybiera sos i dodatki do makaronu.
- Trzymam zapas pierogów w zamrażarce (kiedyś był też zapas ciasta na pizzę).
- Odpuszczam. Czasem jest to trudne, ale traktuję to jako lekcję do odrobienia. Dojrzałam do wewnętrznej zgody, że nic się nie stanie, jeśli dieta mojego dziecka nie będzie zgodna z piramidą żywieniową i moimi wyobrażeniami o pełnowartościowych posiłkach. Jedzenie jest ważne, ale czy najważniejsze?