Po niemiecku i francusku czytają go już prawie cztery tysiące dziewczynek. Pierwsze zagraniczne wydanie „Kosmosu” ukazało się dzięki Polce Marcie Kosińskiej. Zebrała międzynarodową ekipę, zdobyła fundusze i sprawiła, że Szwajcaria zaczyna kochać „Kosmos”.
Skąd pomysł przeniesienia „Kosmosu dla dziewczynek” do Szwajcarii?
Z własnej potrzeby! W 2017 roku przeprowadzaliśmy się z rodziną do niemieckiej części Szwajcarii. Moje córki – wówczas 8- i 9,5‑letnie – w ogóle nie znały niemieckiego, a poszły do niemieckojęzycznej szkoły. Mniej więcej wtedy koleżanka z Polski dała mi pierwszy numer „Kosmosu”. I mówi: „Słuchaj, to świetne pismo dla dziewczyn. Mojej Matyldzie bardzo się podoba, zobacz, co na to twoje dziewczyny”. A one pokochały „Kosmos” od pierwszego kontaktu! Mnie też od początku był bliski, bo jest dla dziewczynek, które lubią czytać. Ja sama lubię czytać i moje dzieci od zawsze czytały. Dla nich książka to atrakcyjny przedmiot, sposób na miłe spędzenie czasu razem. I „Kosmos” też tak działa – dużo do czytania razem, pismo atrakcyjne graficznie, jest jak fajna książka. Tym bardziej że każdy numer jest o czymś innym. Można czekać na te kolejne odcinki, zastanawiać się: o czym będzie następny „Kosmos”? I potem wielka niespodzianka… Sprowadzałam polski „Kosmos dla dziewczynek” do Szwajcarii i córki dorastały razem z kolejnymi numerami.
Na zdjęciu: Kalina Kryszak (11 lat), fotografia: Kosmos für Mädchen (und den Rest der Welt)
Ucząc się jednocześnie niemieckiego.
Pomagałam im w nauce języka, szukałam ciekawych materiałów. Pomyślałam: takie pismo jak „Kosmos” po niemiecku to byłoby coś świetnego. Jest w Szwajcarii magazyn przyrodniczy dla dzieci, wychodzi od 30 lat, wiele osób pamięta go z dzieciństwa. Ciekawy, ale to zupełnie coś innego. „Kosmos” jest bardzo wyrazisty. Szukałam czegoś podobnego, ale nic nie znalazłam. Niedługo potem rozpoczęłam pracę w wydawnictwie Helvetiq, które wydaje książki i gry. I zaczęłam myśleć o tym, że byłoby naprawdę świetnie publikować „Kosmos” w Szwajcarii, tak jak książki na licencji. Ale wątpiłam: gdzie ja mogę coś takiego zrobić?
Mimo że miałaś wcześniejsze doświadczenie w branży wydawniczej!
Pracowałam w wydawnictwie książkowym przez całe moje zawodowe życie. Otworzyłam ze wspólniczką kameralną księgarnię Bajbuk w Warszawie – chyba z sukcesem, bo wciąż działa i ma wielu wiernych klientów. Wyjechaliśmy do Szwajcarii ze względu na pracę mojego męża. A dzięki temu, że znalazłam zatrudnienie w szwajcarskim wydawnictwie, poznawałam tamtejsze środowisko związane z książkami.
Jak się zabrałaś do przenoszenia „Kosmosu dla dziewczynek” na grunt szwajcarski?
Odezwałam się do znajomych, którzy znali jedną z założycielek Fundacji Kosmos dla Dziewczynek, Mirellę Panek-Owsiańską. Ona poradziła, żeby napisać na adres biuro@fundacjakosmos i umówić się na spotkanie. Tak zrobiłam!
Pamiętam to spotkanie w naszej maleńkiej redakcji na Starej Ochocie. Byłaś pełna entuzjazmu. Wierzyłam, że ci się uda. Dałyśmy ci zielone światło na działanie.
Powiedziałyście mi: Marta, jak będziesz miała jakiś konkret, to do nas wróć.
Zaczęłaś więc zbierać ekipę szwajcarską.
Poznałam tu Szwajcarkę, która ma polskiego tatę i bardzo dobrze zna polski. To Martina Polek. Zaprzyjaźniłyśmy się i zapytałam, czy nie zgodziłaby się przetłumaczyć na niemiecki kilku stron „Kosmosu”, żebym mogła je komuś pokazać. Ona wzięła magazyn do domu, a potem powiedziała, że sama chciałaby ze mną robić wersję szwajcarską, bo to tak fajne pismo. Podzieliłam się też pomysłem wydawania „Kosmosu” z dwiema koleżankami z pracy, gdy rozmawiałyśmy o marzeniach właściwie nierealizowalnych. Opowiedziałam, na czym polega wspaniałość i unikatowość „Kosmosu”, dlaczego mi na tym zależy. Jedną z tych osób była Laura Simon. Niedługo potem zwolniła się z pracy, szukała czegoś nowego. I odezwała się do mnie, że chce mi pomóc. Właściwie więc nie musiałam nikogo namawiać.
Od lewej: Laura Simon, Cyrielle Cordt-Moller, Marta Kosińska, Martina Polek, fotografia: Bartosz Krzyżaniak-Gumowski
Teraz wasza ekipa liczy cztery osoby.
Od początku było dla nas jasne, że potrzebujemy też kogoś francuskojęzycznego. Dlatego zaprosiłyśmy do projektu Cyrielle Cordt-Moller. Chciałyśmy wystartować i po francusku, i po niemiecku – żeby nie było tak, że dla francuskiej części sprzedajemy coś, co jest tłumaczeniem z niemieckiego. To miało być szwajcarskie pismo. Bez części włoskiej na razie niestety, bo jej wydanie byłoby bardzo nieekonomiczne.
Dlaczego uznałaś, że „Kosmos” jest potrzebny w Szwajcarii?
Ta myśl wzięła się między innymi z mojego zdziwienia, że tak wiele kobiet tu nie pracuje. Nie dlatego, że nie chce. Ale dlatego, że nie ma żadnych ułatwień ze strony państwa, które umożliwiałyby godzenie życia zawodowego z zajmowaniem się rodziną.
To mnie zszokowało: moje dzieci poszły do szkoły i okazało się, że jestem jedną z niewielu matek pracujących na pełen etat. Pomyślałam: ojej, dziwne. Odsetek kobiet kończących wyższe studia w Szwajcarii jest nawet wyższy niż mężczyzn. Ale potem one tego potencjału nie wykorzystują!
To zjawisko ma oczywiście wiele przyczyn i nie jest jednoznacznie złe, to złożony temat. Ale zaskoczyło mnie, że praca zawodowa kobiet nie jest tu postrzegana jako wartość.
Jak tobie udało się pogodzić pracę na pełen etat z opieką nad dziećmi? Znalazłaś mechanizmy, które ci to umożliwiły?
Tak, kuchenkę mikrofalową. Ważny wynalazek XX wieku, który pomógł wielu kobietom.
Dzieci wracają i odgrzewają sobie obiad.
Właśnie! W Szwajcarii jest obowiązkowa przerwa na obiad, a w szkołach raczej nie ma stołówek. Zazwyczaj gminy organizują posiłek, ale niewiele osób z tego korzysta. Dzieci przychodzą więc do domu koło południa i zwykle czeka tam na nie matka, która podaje im jedzenie.
Dlatego czułaś, że idea „Kosmosu” może chwycić?
Tak. Dotarło do mnie, że w Szwajcarii kobiety uzyskały prawa wyborcze dopiero w latach 70. I że niektóre przepisy są szokujące. Na przykład jeszcze do niedawna, gdy Szwajcarka wychodziła za mąż za obcokrajowca, automatycznie traciła obywatelstwo. Ale gdy Szwajcar żenił się z cudzoziemką, jego żona automatycznie dostawała obywatelstwo szwajcarskie. Daleko od równości. Również stosunkowo niedawno kobieta nie mogła otworzyć konta w banku bez zgody męża. Gdy to czytałam, zorientowałam się, w jak bardzo konserwatywnym społeczeństwie przyszło mi żyć. Podobne zapisy funkcjonują do tej pory. Na przykład jeśli kobieta na zasiłku dla bezrobotnych urodzi dziecko, musi przedstawić zaświadczenie, że jest ktoś, kto się tym dzieckiem zajmie, gdy ona będzie szukała pracy. Inaczej traci zasiłek. Nie dotyczy to mężczyzn: gdy im się rodzi dziecko, nie muszą przedstawiać zaświadczeń. To ewidentnie nierówne traktowanie.
A macierzyńskie benefity?
Nie ma żadnych. Urlop macierzyński trwa 14 tygodni. Żłobki są prywatne, a więc bardzo kosztowne. Powrót do pracy to raczej decyzja finansowo nieopłacalna. Kontynuowanie kariery zawodowej kosztuje. Mężczyzna nie ma takich dylematów.
Dużo do zrobienia.
Dla przeciwwagi powiem, że w każdej gminie i każdym mieście jest urząd do spraw równouprawnienia. Realizują różne projekty, działają. To dlatego, że jest tam tyle do zrobienia.
Konsultowałyście z kimś wasz projekt?
Razem z Martiną i Laurą spotykałyśmy się z różnymi osobami. Od nauczycieli, przez pracowników socjalnych pracujących z młodzieżą, po rodziców. Spotykałyśmy się też z feministkami – z poprzedniego pokolenia, które walczyły jeszcze o prawa wyborcze, jak i z tymi najmłodszymi.
Absolutnie wszyscy przekonywali nas, że projekt jest potrzebny i że chwyci. Nikt nie miał wątpliwości! Rodzice – zarówno dziewczynek, jak i chłopców – od razu wiedzieli, o co chodzi.
Są świadomi, jak działa rynek i marketing produktów dla dzieci, widzą, jak kreuje się odseparowane światy. Zabawki, ubrania, książki – są linie dla dziewcząt i dla chłopaków.
Jest jak w Polsce? Macie różowe plastikowe wersje sprzętu AGD dla dziewczynek w sklepach?
Tak, to ten sam rynek. I wielu rodziców się z tym nie identyfikuje. Bo każdy, kto ma dziecko, wie, że żadne dziecko nie jest tak jednowymiarowe. Przygotowałyśmy sobie kilka stron „Kosmosu” przetłumaczonych na niemiecki i pokazywałyśmy też na spotkaniach pismo polskie, żeby udowodnić, jak jest ciekawe i bogate. Nie miałyśmy żadnego odzewu neutralnego, a co dopiero negatywnego. Nikt nie powiedział: „No nie wiem, może”. Po pierwsze, ten koncept wydawał się jasny i nie wymagał tłumaczenia. Po drugie, wszystkim wydał się potrzebny. Po trzecie wreszcie, realizacja – pismo polskie, przetłumaczone strony – były dla nich strzałem w dziesiątkę! To nas podbudowało i zmotywowało do tej straszliwie ciężkiej pracy w 2020 roku.
Waszym pierwszym numerem jest nasza siódemka – Mam głos. Większość tekstów to tłumaczenia z polskiej wersji. Ale niektóre działy, jak Girl Power i Kobieta z Mocą, stworzyłyście same.
Martina jest dziennikarką i przeprowadziła dwa duże wywiady do tego numeru. Bohaterka Girl Power od razu nas zachwyciła. W Bazylei działa organizacja, która nazywa się Kinderbüro, gdzie dzieci mogą realizować własne projekty pod okiem dorosłych. Jedna dziewczynka wymyśliła Speakers’ Corner dla dzieci – miejsce, platformę, gdzie dzieci mogłyby wyrazić każdą swoją opinię i swoje zdanie. Postanowiła to zorganizować w Bazylei. To bardzo pasowało do tematu numeru: wyrażania głosu, opinii. Z kolei kobieta z mocą to nasz ukłon w stronę tradycyjnej części Szwajcarii. To kobieta, która jodłuje – to taki bardzo tradycyjny sposób śpiewania.
To nawoływanie się pasterzy przez góry.
Tak. Jodłowanie było pasją naszej bohaterki od dziecka. Wymyśliła swoją technikę śpiewania, która nie niszczy strun głosowych. Ba, otworzyła nawet specjalny kierunek studiów! Bo brakowało miejsca, gdzie mogłyby się kształcić osoby, które chcą się uczyć jodłować. Spodobało nam się, że przeszła drogę od dziewczyńskiego marzenia do jego realizacji.
Bardzo kosmiczne, jak mawiamy w redakcji. Jak już miałyście złożony numer, trzeba było zdobyć na niego kasę.
Przypomniałaś mi o czymś, co już wyparłam. To była naprawdę ciężka praca. W Szwajcarii jest dużo możliwości, aby znaleźć dofinansowanie, ale nie jest to łatwe. Wymaga wysiłku, znalezienia fundacji, urzędów, napisania odpowiedniego wniosku, podania. Założyłyśmy stowarzyszenie i wysłałyśmy mnóstwo zgłoszeń. Chyba ze sto.
Każde napisane osobno. Mnóstwo pracy!
I na początku dostawałyśmy same odmowy. Atmosfera w zespole siadła – tyle wysiłku, a tu nic. Nikt nie chce nas wesprzeć. Ale potem trend się odwrócił. Miałyśmy serię spotkań z prawnikami i ekspertami, którzy poświęcili swój czas, służyli nam radami i wiedzą tylko dlatego, że im się spodobał projekt. Przełom nastąpił, gdy dostałyśmy pierwsze duże dofinansowanie od fundacji wspierania różnorodności mediów. Zaczęły też się sypać pozytywne odpowiedzi od innych.
I potem kampania crowdfundingowa.
To było szaleństwo. Planowałyśmy zebrać pieniądze na pierwszy numer: koszty przygotowania i druk. Zebrałyśmy tę kwotę w trzy dni. Kompletne zaskoczenie! Ogłosiłyśmy więc, że zbieramy na drugi numer – i za chwilę znowu osiągnęłyśmy cel! W rezultacie zebrałyśmy prawie trzy razy tyle, co zamierzałyśmy. To nam dało finansową poduszkę i myśl, że możemy zaczynać.
Ale też informację zwrotną od ludzi, że chcą tego „Kosmosu”.
Bardzo mi wtedy pomogłaś, powiedziałaś: ruszajcie z kampanią, zobaczycie, jakie dostaniecie reakcje. I rzeczywiście tak było! Posypały się komentarze: świetny projekt, potrzebny, koniecznie kupię to mojej wnuczce! To nas uskrzydliło. No i dziennikarze – zaczęli do nas pisać z portali, z gazet. Wszystkie relacje były pozytywne i nakręcały machinę dalej.
Gdy skończyła się zbiórka, otworzyłyśmy stronę internetową ze sklepem. To, co się działo od końca listopada do świąt – nie umiem tego opisać. Pamiętam końcówkę roku jak przez mgłę. Miałam wrażenie, że jestem mózgiem połączonym z komputerem.
Laura Simon w drukarni, fotografia: Kosmos für Mädchen (und den Rest der Welt)
Nawał zamówień?
Nawał – ale naprawdę nawał. Do wszystkich, którzy złożyli zamówienia do 7 grudnia, magazyny wysyłane były prosto z drukarni. Ale nieoczekiwanie między 7 a 24 grudnia dostałyśmy drugie tyle zamówień! Pakowałyśmy je ręcznie, w naszych domach rosły sterty kartonów, chodziłam codziennie na pocztę z wielkimi torbami IKEI… Sprzedałyśmy prawie 3,5 tysiąca egzemplarzy, z czego połowę w prenumeracie. Dwa razy tyle, co planowałyśmy.
Czy „Kosmos” podoba się czytelniczkom w Szwajcarii?
Mamy już pierwsze reakcje czytelniczek, ich mam i babć. Same opinie typu: „Córka nie może się oderwać”, „Przeczytałam z wnuczką i obie uważamy, że świetny”. Przyszło od razu kilkanaście maili od czytelniczek – z żartami, opowieściami o sobie, plakatami. I to jest chyba najbardziej cenne ze wszystkiego. Widzimy, że można osiągnąć w Szwajcarii efekt taki jak w Polsce: że czytelniczki zżywają się z pismem. I oczywiście – tak jak wy, odpisujemy na wszystkie listy.
Marta Kosińska, fotografia: Bartosz Krzyżaniak-Gumowski