W zdalne nauczanie naszych dzieci wpadliśmy z impetem – bez przygotowania, bez odpowiedniego sprzętu i ze zbyt wolnym internetem. Po blisko czterech tygodniach i usilnym poszukiwaniu najlepszej strategii na rodzinny homeschooling mam przekonanie, że ona nie istnieje. Albo że każda rodzina musi odkryć swoją, a nam się to jeszcze nie udało.
Wygląda to trochę jak w Dniu świstaka. Budzę się rano i prawie codziennie widzę za oknem słońce. Nie pamiętam dokładnie, który jest dzień tygodnia. Na stół wjeżdża śniadanie, trójka moich dzieci niechętnie zaczyna się ubierać. Potem logujemy się do szkolnych systemów i sprawdzamy, które lekcje odbędą się „na żywo”, a które zadania należy wykonać samodzielnie. Gdzieś między tymi lekcjami jest czas na obiad – i tak brniemy aż do wieczora. Każdy dzień pozornie przypomina poprzedni i następny. Ale to, co się dzieje między nami w rodzinie, pokazuje, że każdy jest zupełnie inny.
„Trzymaj się planu – mówili”
Nigdy nie fantazjowałam o edukacji domowej dla moich dzieci. Po pierwsze wiem, jak ważny jest dla nich częsty kontakt z grupą rówieśniczą, po drugie – brakuje mi cierpliwości i szczerze mówiąc, także chęci, by je uczyć. Niech się tym zajmują fachowcy. Kiedy więc zamknięto szkoły i podjęłam się wyzwania, by zorganizowć nasze życie na nowo, myślałam, że kluczem będzie mobilizacja i ustalony plan. Tak zresztą radzili eksperci: wczesna pobudka, planowanie pracy, krótkie przerwy, obiad i czas wspólny. To wszystko idealnie skorelowane z moim czasem na pracę w skupieniu. Działało to… może przez dwa dni. Trzeciego odkryłam, że moja 12-letnia córka do godz. 13, o której według mnie powinna już kończyć lekcje, odrobiła może z połowę zadań z matematyki, a przez resztę czasu czytała pod biurkiem Harry’ego Pottera. Natomiast 10-letni syn całkiem jawnie wyrażał frustrację, krzycząc, że on nie ma pojęcia, co napisać w zadanym „Liście do przyjaciela”.
Zarządzanie kryzysowe
W naszym planie dnia oprócz obiadu są teraz trzy pewniaki – awantura między dziećmi, kompletny spadek motywacji i odbicie się od dna („nooo dooobra, zrobię to”). Nie wiadomo, u którego dziecka wystąpi dziś cała ta triada i kto będzie wymagał najintensywniejszego wsparcia.
Pozostając sama na polu bitwy (mąż nadal wychodzi do pracy), podejmuję decyzje ad hoc – interweniować, motywować lub… czekać, aż się przewali. Zostawić samo sobie czy błysnąć kreatywnym pomysłem. Czasem sama siebie zaskakuję i daję się wciągnąć w ich zadania – oglądam nadesłane przez nauczycieli filmiki, przypominam sobie ciekawostki, podpowiadam jakieś niestandardowe źródła, a czasem… wskazuję palcem – „stąd przepisz”. Jednego dnia cisnę na wykonanie wszystkich zadań, a drugiego sama proponuję – „napisz, że się nie wyrobisz”. Moja energia ma oczywiście znaczenie i dzieci chętniej angażują się w te zadania, gdzie mogę im coś sensownego podpowiedzieć. Jednak nie zawsze się to udaje, po prostu czasem nie stać mnie na taki wysiłek. Niekiedy przeleci mi przez głowę, że to moje rodzicielstwo jest dość chaotyczne, ale zaraz pojawia się myśl, że cała sytuacja przynosi tyle nowego, że potrzeba naprawdę wiele czasu, aby się jej nauczyć. A może i tak wcale to nam się nie uda.
Ile potrzeb, tyle strategii
Patrzę, jak radzą sobie inni, jakich szukają rozwiązań. Imponuje mi odwaga w tworzeniu szkoły po swojemu. Znajoma zabiera dzieci (właściwie zabierała, bo teraz obowiązuje zakaz) na całe dnie do lasu, bardzo sporadycznie zaglądając do przesyłanych zadań. To zresztą doradzają osoby doświadczone w edukacji domowej własnych dzieci. Mówią: „Hej, korzystajcie z wolności, którą daje niechodzenie do szkoły”. Tylko że moje dzieci czują więź ze swoją szkołą, nauczycielami i kolegami. Smutno im, że się nie spotykają, i nawet zmęczone nie chcą zupełnie „wylogowywać się z systemu”. Część rodziców napiera na jak najwięcej lekcji „na żywo” – rozumiem to doskonale. Moment, gdy dziecko jest przed komputerem, daje przestrzeń na to, żeby pozałatwiać swoje sprawy. Ktoś chciałby, żeby zadań było mniej, ktoś inny boi się o zaległości i zawalone egzaminy. Albo boi się znudzonych dzieci w domu.
Tymczasem nawet najlepsza szkoła nie dopasuje się do wymagań wszystkich. Nauczyciele, którzy – moim zdaniem – w ostatnich tygodniach naprawdę dają z siebie wszystko, nie spełnią wszystkich moich oczekiwań dotyczących edukacji. Czuję, że mam teraz szansę, bardziej niż kiedykolwiek, podjąć decyzję, jak będziemy korzystać z tego, co zaproponują. I że nie ma jednej strategii dla wszystkich – trzeba sprawdzić, co akurat nam przynosi korzyść.
Dla mojej rodziny ważną sprawą okazało się wspólne oglądanie filmów. Jako guilty pleasure serwujemy sobie co drugi dzień film pełnometrażowy.
W ciągu tych trzech tygodni udało nam się nadrobić Gwiezdne wojny i wiele klasyków Disneya. Mam świadomość, że czasu ekranowego jest teraz bardzo dużo, ale zauważyłam, że potrzebujemy też takiej wspólnej przyjemności i że ona – wpisana w harmonogram – jest nadrzędna względem nieodrobionych tego dnia lekcji. Trudno, przechodzą na następny dzień.
Rodzinny bilans zysków i strat
Zapytałam przyjaciółkę, jaki jest według niej największy pozytyw w tym trudnym czasie. „Bliskość” – powiedziała bez zastanowienia. Takie jest też moje doświadczenie. Natężenie krzyków, frustracji, ale też uścisków, rozmów i wspólnych chwil tworzy przestrzeń, w której odczuwam z moimi dziećmi bardzo mocną więź. To trochę jak powrót do wczesnego macierzyństwa, do tych długich tygodni z chorującymi małymi dziećmi w domu. Czyli powrót do czasu, który wymaga ode mnie bardzo dużo zaangażowania emocjonalnego, ale daje poczucie sensu. Bycie w tej dziwnej szkolno-domowej rzeczywistości jest dla mnie szansą, żeby przyjrzeć się, jak każdy z domowników się miewa, co mu pomaga, a co przeszkadza. Jak sobie radzi z frustracją, co go cieszy.
Naturalne jest więc dla mnie pytanie, co w tej zdalnej szkole pomaga, a co przeszkadza nam w bliskości. Wierzę, że mamy tu pole do własnych decyzji i eksperymentów. Sama też zadaję sobie różne pytania. I wiem, że brakuje mi czasu na pracę. Chociaż mam możliwość elastycznie podchodzić do zadań zawodowych, co wiele ułatwia, to ostatecznie jest tak, że poświęcam uwagę dzieciom właśnie kosztem swoich spraw.
Dlatego nie marzę, że po wyjściu z tej izolacji przejdziemy na edukację domową. Chciałabym, jak wiele osób, po prostu wiedzieć, kiedy to się skończy. Poruszył mnie wywiad[1] z Bogdanem de Barbaro w „Tygodniku Powszechnym” , który mówi: „Kiedy to wszystko minie – a minie tak czy inaczej – będziemy zadawać sobie pytanie: «A jak to było z tobą, kiedy byłeś w sytuacji nadzwyczajnej?»”. Chciałabym, żeby wspomnieniem moich dzieci z tej poplątanej domowej szkoły było to, że byliśmy blisko.
[1] Korona sprawdza, „Tygodnik Powszechny”, 13/2020, https://bit.ly/39S7g98 [dostęp: 7.04.2020].