Dziesiątki powiadomień, dokopywanie się do istotnych informacji, matczyne wpisy rozgrzane do czerwoności i przebijanie się przez klasowe burze. Znacie to? Jeśli nie, witajcie w świecie szkolnych grupek rodzicielskich na komunikatorach. Jeśli znacie — przeczytajcie, skąd biorą się na nich emocje i jak można je okiełznać!

– Tym razem na pewno się uda – mówiła znajoma mama czwartoklasistki. – Nie zniosę już tego nieustannego dźwięku powiadomień w telefonie! Będę walczyć o to, żeby nie omawiać na WhatsaAppie każdego drobiazgu! Zwłaszcza, że połowa wątków i tak jest nie na temat.
Mówiła tak dosyć niedawno, bo we wrześniu, jednak w miarę upływu roku szkolnego w jej grupie niewiele się zmieniło. Nadal trwają niekończące się debaty na temat wyboru kwiatka dla nauczycielki, planu wycieczki, składki klasowej.
Miały nam ułatwiać komunikację. Ograniczyć jednostronny kontakt telefoniczny, wyręczyć nauczyciela w sprawach organizacyjnych, poinformować niedoinformowanych. Dlaczego więc tak wielu rodziców narzeka na grupy rodzicielskie? Niektórzy nazywają je nawet „piekłem” lub „grupą śmierci”.
– Grupa rodziców? Chyba chciałaś powiedzieć „matek” – precyzuje inna znajoma, gdy pytam ją o doświadczenia z grupami rodzicielskimi. Jako matka dwójki dzieci w wieku 8 i 12 lat zdążyła już uczestniczyć w licznych forach, zarówno przedszkolnych i szkolnych. Przyznaje, że ona także ma czasem ochotę rzucić telefonem, żeby nie słuchać monotonnego bzyczenia powiadomień. Nie musieć scrollować nieskończenie długiego wątku konwersacji, aby dowiedzieć się, jaki był jego temat. Jednak w ostatecznym rozrachunku ceni matki, które zabierają głos na forum, ponieważ za ich słowami najczęściej idą czyny i to one poświęcają swój czas, gdy trzeba coś zorganizować.
Większość znajomych mam potwierdza, że temperatura sporów bywa trochę za wysoka jak na grupę o wybitnie praktycznym, a nie ideologicznym przeznaczeniu. Tak jakby pod pozorem dyskusji o kwiatku odbywała się ta głębsza – na temat naszego modelu macierzyństwa i metod wychowawczych. Niektóre wymiany zdań kończą się wręcz wyjściem części uczestników z grupy. To niczym trzaśnięcie drzwiami albo zerwanie sejmu szlacheckiego przez posła pieniacza, hołdującego złotej wolności i zasadzie „liberum veto”. I rzeczywiście, niekończące się wątki na forach przypominają nieco debaty sejmowe z czasów demokracji szlacheckiej: jest tu i magnateria, i przekupieni przez nią szaraczkowie, idealistyczni zwolennicy oświeconych reform, bierni obserwatorzy. Zdarza się i Rejtan, rzucający się w przejściu, gdy coś idzie nie po myśli.

Fotografia: Fizkes on Dreamstime

Magnateria to rodzice, którzy nigdy nie śpią, zawsze są zorientowani w najdrobniejszych sprawach dzieci. Wiedzą, jaki papier należy przynieść na technikę, kiedy jest poprawka klasówki z angielskiego, kiedy przedstawienie, a kiedy imieniny wychowawczyni. Druga grupa to szaraczkowie, którzy czują się w obowiązku odpowiadać, wspierać tych aktywnych. Być może z poczucia winy, że gdy na zebraniu klasowym pada sakramentalne pytanie „kto zgłasza się do trójki klasowej?”, najchętniej schowaliby się pod peleryną niewidką.
Grupy klasowe dla wielu stają się przedłużeniem „mom wars” z etapu piaskownicy. Na tamtym etapie walka toczyła się o to, czy karmić piersią i do kiedy, wybrać żłobek czy zostać w domu z dzieckiem, karmić kaszą jaglaną czy jedzeniem ze słoiczków. I mnóstwo innych tematów spornych, które powodowały, że emocje sięgały zenitu, ciśnienie skakało i łatwo można było otrzymać etykietkę „złej matki”.
Oczywiście spory te to w jakimś stopniu narzędzie patriarchatu, skłaniające kobiety do tego, by zużywały swą energię na walkę między sobą. Antagonizowanie matek przeciwko sobie to także aspekt ogólnospołecznego przyzwolenia na krytykę matek w ogóle. I choć roszczeniowe i nieogarnięte „madki” stały się uniwersalnym tematem memów, nie wpływa to w najmniejszym stopniu na solidarność rodzicielek.

Z memów można się pośmiać, ale wiadomo, że „madka z bąbelkami” to przecież nie ja.

Przekonywanie świata o słuszności wybranej przez siebie drogi to w jakimś stopniu zaklinanie rzeczywistości. Ale choć trudno nam to przyznać, życiowe decyzje nie zależą jedynie od naszej wizji wychowania czy wyznawanych wartości. – Nie mogę sobie pozwolić na to, by wrócić do pracy, bo niemal cała pensja poszłaby na żłobek i przedszkole, a tak przynajmniej ogarniam przy okazji starszą córkę – mówiła znajoma mama, której właśnie skończył się urlop macierzyński. – Nie mogę sobie pozwolić na zostanie w domu, bo z jednej pensji nie wyżyjemy – mówiła inna moja znajoma, która wróciła do pracy po pięciu miesiącach od urodzenia synka. Obie miały rację. Dla obu te decyzje nie były proste. Spory pomiędzy frakcjami na grupach bywają tak zażarte i tak bolesne, bo uderzają w najczulszy punkt matki – jej poczucie pewności siebie w nowej roli. Wysoka temperatura tych sporów maskuje nasze uniwersalne poczucie niepewności.

Zapraszamy do niezwykłej podróży, podczas której poznasz swoje MOCE! Idealny prezent dla całej klasy na koniec roku.

DZIENNIK MOICH MOCY

Zapraszamy do niezwykłej podróży, podczas której poznasz swoje MOCE! Idealny prezent dla całej klasy na koniec roku.

DZIENNIK MOICH MOCY

Nieco inaczej wygląda sprawa na etapie edukacji. Pojawia się trzecia strona: przedszkole, a później szkoła. Władza, którą w młodszych klasach uosabia postać „Pani”. Swoją drogą, trudno mi zrozumieć, dlaczego określenie wychowawczyni pojawia się na forach rodzicielskich nierzadko właśnie w tej formie: pisane wielką literą, bez nazwiska. Tak jakbyśmy to my, rodzice, byli znów w szkole, w przyciasnych krzesełkach, z niepokojem i lękiem. Pewnie to drobiazg, ale mam niejasne poczucie, że właśnie w tym wyraża się nasz stosunek do szkoły. Że posyłając do niej dzieci, sami trochę do niej idziemy, a przecież dla naszych dzieci chcielibyśmy czegoś lepszego. Należy to więc wywalczyć na forum.

Linia podziału w grupach szkolnych biegnie nierzadko właśnie tam, gdzie spotykają się dwa rodzaje podejścia do „Pani”. Od czołobitnego, rodem z poprzedniej epoki („otrzymałam wojskowe wychowanie, więc nie widzę powodu, by mój syn nie nauczył się w szkole dyscypliny” – usłyszałam kiedyś słowa matki skierowane do wychowawczyni) po – skrajnie roszczeniowe.

Gdy nasze dzieci trafiają do szkoły, my sami także trochę do niej trafiamy, ale jesteśmy już dorośli, więc możemy pokazać swoją władzę, wyższość.

Wybrzydzać na propozycję wycieczki w Góry Świętokrzyskie, bo my jeździmy na Teneryfę, krytykować system nauczania, plan lekcji, obiady szkolne, nauczycieli.
Po jednej stronie będą zwolennicy prac domowych i licznych klasówek, bo przecież „muszą się przygotować na to, co będzie w czwartej klasie”, „zobaczysz, jak dojdzie drugi język obcy”, i ostateczny straszak: „egzamin ośmioklasisty”. Po drugiej zwolennicy wolnych popołudni, szkoły bez ocen i bez stresu.
Oczywiście to niejedyna linia podziału. Istnieje ich bez liku, zależnie od czasu i miejsca. Rodzice, którzy krytykują liczbę zajęć dodatkowych i będą protestować przeciw wybranemu prezentowi na Dzień Dziecka. Mamy przekonane, że tylko ich pomysł sprezentowania nauczycielce spersonalizowanego pióra jest odpowiedni. Rodzice trzecioklasistów, którzy na forum klasowym omawiają każdy drobiazg związany z organizacją pierwszej komunii, nie zwracając uwagi na to, że część dzieci nie chodzi na religię i do komunii nie przystępuje.

Dla wielu rodziców fora stają się mniej lub bardziej świadomym narzędziem dominacji. „Szaraczkowie” nie będą im w tym przeszkadzać, bo im szkoła kojarzy się przede wszystkim ze skurczem żołądka.

A jednak fora są potrzebne. Nawet najwięksi ich krytycy przyznają, że powódź słów zamienia się niekiedy w czyny i decyzje, bez których życie klasy nie przebiegałoby gładko. Istnieją też fora zgodne, przyjazne, a nawet przekształcające się w wieloletnią przyjaźń: – Nie przetrwałabym edukacji moich córek, gdyby nie grupa rodzicielska. Zawsze mogłam liczyć na inną mamę, która napisze mi na czas: „Słuchaj, za tydzień będzie potrzebny papier w formacie B1, tego nie ma w każdym sklepie, warto kupić wcześniej” albo „Pamiętaj, do końca tygodnia trzeba zapłacić ratę za zieloną szkołę”. Sama nie miałam do tego głowy – mówiła zaprzyjaźniona mama dwóch córek, w tym jednej neuroróżnorodnej. Dla wielu osób, zarówno rodziców, jak i dzieci, dodatkowe i pisemne informacje mogą być wręcz niezbędne. Nie wszyscy z równą łatwością poruszają się w gąszczu wymagań, jakie stawia współczesna szkoła. Fora mogą być więc przyjazne. Tylko pod warunkiem, że będziemy pamiętać, że to nie my chodzimy teraz do szkoły.

Kosmiczny prezent na zakończenie roku szkolnego

Kosmiczny prezent na zakończenie roku szkolnego