O tym, dlaczego to tak ważne, by kobiety były pełnoprawnymi bohaterkami opowieści o przeszłości, i co się dzieje w naszych głowach, jeśli jedyna wzmianka o nich, w opisie całej epoki, dotyczy mody na wąską talię, mówi Babka od histy – nauczycielka i blogerka edukacyjna Agnieszka Jankowiak-Maik.

Więcej o kobiecych superbohaterkach dowiesz się na bezpłatnych warsztatach organizowanych przez Fundację Kosmos dla Dziewczynek!

Wśród sześćdziesięciu nazwisk, które uczniowie szkół średnich – zgodnie z podstawą programową – muszą opanować na historii, tylko dwa należą do kobiet. To brzmi strasznie!

Jedna z tych kobiet, Antonina Żabińska, występuje razem z mężem. Druga to Irena Sendlerowa. Skoro nie ma ich więcej w podstawie, nie ma ich i w podręcznikach, które skupiają się na historii politycznej, a po ostatniej reformie – na historii wojskowości. Około dziesięciu z tych sześćdziesięciu nazwisk należy do przywódców kampanii wrześniowej! Kobiety, które weszły do nowej narracji głównego nurtu, to Matka Boska, święte i morowe dziewczyny: pilotki i żołnierki, które brały udział w powstaniach. Fajnie, że się pojawiły, ale to nie powinien być jedyny akceptowany wzorzec kobiety przedstawiany w toku edukacji szkolnej.

To niezachowanie proporcji pomiędzy płciami jest rażące. Wspomina się w podręcznikach o ruchu emancypacyjnym, ale brakuje zagadnienia wywalczenia praw wyborczych przez Polki. Kobiety są marginalizowane, pokazywane stereotypowo – jako żony, dodatek. Albo wcale. Pojawiają się jako grupa, rzadko przedstawiane są z imienia i nazwiska.

Nawet taką postać jak Jadwiga, znamy bardziej jako żonę Jagiełły, niż osobę, która naprawdę wyróżniała się na tle swojej epoki – została królem w świecie, w którym nie koronowano kobiet! Miała ogromne osiągnięcia, na przykład sama prowadziła wyprawę wojenną.

Można się zdenerwować…

Tylko że duża część z nas jest tak przyzwyczajona i nasiąknięta tą narracją, tymi stereotypami, że to nawet nas nie razi. Dopóki ktoś nie wykrzyczy i nie pokaże palcem: zobacz, ilu tu jest facetów, a ile kobiet! Albo nie zwróci uwagi, że jedyna wzmianka o kobiecie, jeśli chodzi o opis całej epoki, dotyczy tego, że modna była wtedy wąska talia! W podręcznikach, które mają po dwieście stron, czasami się ten problem braku kobiet rozmywa. Ale kiedy się zestawi wszystkie cytaty związane z kobietami z podręczników do historii dla podstawówek, a tak zrobiono w ostatniej analizie dziennikarskiej gazeta.pl „Historia bez Polki”, to naprawdę może wywołać gniew. Marginalizujemy też historię życia codziennego, historię domową.

Idąc tropem tytułu książki Anny Kowalczyk „Brakująca połowa dziejów”, można powiedzieć, że naprawdę uczymy się tylko połowy dziejów. Brakuje tego, co może być nam nawet bliższe i dla nas ważniejsze.

Bo przecież w nauce historii nie chodzi o to, żeby wykuć dwieście dat i zapamiętać, czy w wyniku danej bitwy front przesunął się o dwa kilometry w prawo czy w lewo. Nie uczymy się o tym, jak ludzie żyli, z jakimi problemami się borykali. Jeśli będziemy wiedzieć, że kobiety nie miały dostępu do edukacji, łatwiej nam będzie zrozumieć, dlaczego mamy tylko jedną Marię Skłodowską-Curie oraz jaką determinacją i odwagą trzeba było się wykazać, żeby się ze schematu wyłamać.

Czy uczennice i uczniowie w ogóle zauważają to NIE MA?

Rzadko. Raczej pojedyncze osoby, nawet nie jedna na klasę, tylko jedna – dwie na kilka klas. Dopiero kiedy zaczynam pewne rzeczy podkreślać, dostrzegają problem. Większą świadomość mają też dzięki mediom społecznościowym. A w obecnym klimacie politycznym te tematy same wypływają na powierzchnię. Jeżeli regularnie powtarzają się strajki kobiet, to dziewczyny zaczynają szukać i sprawdzać, o co chodzi – bo przecież temat praw kobiet wraca jak bumerang. Młodzi ludzie chcą wiedzieć, skąd te parasolki na przykład. Dziś w ruchach kobiecych pojawia się bardzo dużo naukowczyń, które odnoszą się do bogatej spuścizny ruchów emancypacyjnych w Polsce. Padają różne nazwiska albo inspirujące cytaty, to zmusza młode dziewczyny do zastanowienia się, kim były te osoby, które kiedyś wykrzykiwały podobne hasła, jak te teraz słyszane na ulicach. Dzięki temu coraz więcej z nich dowiaduje się, że kobiety mają swoją historię. I zaczynają szukać głębiej i głębiej.

I co znajdują?

Na przykład na języku polskim trafiają na Zofię Nałkowską. Kojarzy się pewnie z nudniejszymi lekturami, ale jak spojrzymy na jej życiorys, okaże się, że to jedna z największych skandalistek Młodej Polski o dosyć radykalnych poglądach. Co prawda później wycofała się z działalności feministycznej, ale jej głos był bardzo ważny w ówczesnych ruchach kobiecych. Albo okazuje się, że Maria Konopnicka jest zdecydowanie ciekawsza niż to, co napisała. Ponieważ analizuje się jej teksty w oderwaniu od kontekstu, nie rozumiemy, dlaczego to było tak rewolucyjne.

A czy któraś kategoria kobiet jest szczególnie nieobecna?

Na przykład artystki, a jest ich mnóstwo! W Paryżu na przełomie XIX i XX wieku aktywnie działało i wystawiało około dwustu Polek! A my jesteśmy w stanie wymienić najwyżej Tamarę Łempicką i to głównie dlatego, że jej obraz został sprzedany za rekordową cenę. Poznajemy te kobiety wraz z komunikatem typu: „hit! najdroższy polski obraz!”, a przecież wybitnych Polek było bardzo dużo. Maria Dulębianka wróciła do historii, ale nie jako wielka artystka, tylko partnerka życiowa Konopnickiej! A przecież nie chodzi o to, żebyśmy znali daną kobietę tylko dlatego, że miała wiele romansów albo była kochanką tego czy tamtej. W żadnym podręczniku nie spotkałam się z Artemisią Gentileschi. A to była przesłynna włoska malarka, stawiana na równi z mistrzami renesansu. Zupełnie zniknięta! Brakuje też polityczek, naukowczyń, agentek, pierwszych posłanek albo – mówiąc językiem dwudziestolecia – posełek. Poznańska Zofia Sokolnicka była szpiegówką, która potrafiła zapamiętywać całe gigantyczne frazy. Nic nie musiała przemycać, bo wszystko miała w głowie! I jej nie ma. Poznaniacy dopiero od niedawna wiedzą, że ktoś taki w ogóle istniał.

Dlaczego to tak ważne, żeby tę połowę dziejów przywracać?

Razem z moim kobiecym gangiem doszłyśmy ostatnio do wniosku, że slogan: „Im mniej kobiet, tym mniej kobiet”, jest bardzo prawdziwy. Im mniej kobiet widzimy w podręcznikach, im mniej poznajemy ich w toku nauki szkolnej, tym mniej jest ich potem w życiu publicznym, w polityce, na ważnych stanowiskach.

Dziewczyny tracą wiarę w siebie około 9–12 roku życia i ona nie zawsze wraca. I to wynika między innymi z tego, w jaki sposób uczymy. Jeżeli nie wiedzą, że mogą zajmować się nauką albo zostać pilotkami odrzutowców, to często nawet nie spróbują iść w tę stronę. A jeżeli widzą takie wzorce, odważniej po nie sięgają.

Z tym wiąże się też masa zjawisk, które częściej dotyczą kobiet niż mężczyzn. Na przykład syndrom oszustki. Taka osoba, nawet jeśli ma pięć doktoratów, uważa, że to nic takiego. Sama się z tym borykam. Odniosłam sukces – w takim sensie, że jestem szczęśliwa i spełniona, ale zdarza mi się pomyśleć, że ktoś sczai, że tak naprawdę to ja tylko rzucam sloganami i w ogóle to przecież każdy wie to, co ja. Albo syndrom diademu: jak będę super ciężko pracować, ktoś to zobaczy i mnie nagrodzi. To też widzę u siebie. Bywam bardzo sfrustrowana, jak nikt nie zauważa i nie docenia, tego, co robię, chociaż przecież znam te mechanizmy! Kobiety nie negocjują, bo boją się, że zostaną uznane za bezczelne. Z lęku przed podobnymi określeniami, dziewczynki nie krzyczą, kiedy dzieje im się krzywda. Jest mnóstwo stereotypowych sformułowań, które kojarzą się z naszą płcią i podświadomie je powielamy. Była taka świetna, poznańska kampania „MOCne SŁOWA”. Polegała na zastępowaniu negatywnie nacechowanych słów pozytywnymi, na przykład „bezczelna” stawała się „przebojowa”, a „zarozumiała” – „pewna siebie”. Tych drugich określeń częściej używamy w stosunku do chłopaków. Dziewczynki, które są wychowywane – mówiąc stereotypowo – „jak chłopcy”, częściej wypowiadają się publicznie, mówią dłużej.

Są szanse na zmiany w szkole? Można coś samej zdziałać?

Moim zdaniem wszystko jest do zrobienia. To praca u podstaw, praca nad zmianą świadomości. Potrzebne jest przemodelowanie tego, w jaki sposób kształcimy nauczycieli i nauczycielki. I wyposażenie ich w wiedzę, bo wtedy dostrzegą problem i zaczną uczyć w nieco innych sposób. Mogą pojawić się obawy, ponieważ zajmowanie się tematyką równości płci jest dziś uważane za polityczne i to w znaczeniu – lewicowe. Jestem krytyczką podstawy programowej, ale da się ją zrealizować w pięć minut podczas lekcji, jeśli priorytety mamy inne niż te kilka pojęć. Nauczyciele mają sporo autonomii, różne wątki można fajnie i mądrze wplatać. Dlatego tak ważne jest, żeby pokazywać dobre praktyki i szukać wsparcia, bo coraz więcej osób zajmuje się tą tematyką. I coraz więcej z nas chce kruszyć tę skałę. Mam nadzieję, że to będzie się toczyć jak kula śniegowa i zabierać ze sobą kolejne osoby. Nie chodzi o to, żeby teraz na siłę wszystko zmieniać, bo jest czas kobiet, ale herstoria powinna być połową narracji głównego nurtu. Bo równość służy wszystkim.

Agnieszka Jankowiak-Maik – nauczycielka i blogerka edukacyjna, znana w sieci jako „Babka od histy”. Laureatka XIV edycji Nagrody im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”, publicystka, tutorka i trenerka Odysei Umysłu.

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!