Jakie cuda mogą zdziałać feminatywy, gdy ich używamy w rozmowie z dziewczynkami, pisze Joanna Czeczott, redaktorka naczelna Portalu Wiedzy Fundacji Kosmos dla dziewczynek.

Przeczytaj pozostałe teksty z cyklu „Słowa mają moc”

„Słowa mają moc” – przekonywałyśmy, gdy pięć lat temu walczyłyśmy o powstanie pierwszego pisma non-fiction wzmacniającego dziewczynki.

Słowa mają moc – wierzymy w to też dzisiaj. Dlatego w redakcji „Kosmosu” tak wielką wagę przykładamy do każdego sformułowania i wyrazu. Cyzelujemy, analizujemy znaczenia słów, ich potencjalne rozumienie, to, co mogą wywołać. Czasochłonne? Tak. Potrzebne? Naszym zdaniem bardzo! Chcemy wypracować komunikat, w którym bierzemy świadomą odpowiedzialność za każde (serio: KAŻDE) zdanie wypowiedziane (zapisane) do dzieci. A na poziomie meta – chcemy być pewne przekazu, jaki te zdania niosą.

Bo „Kosmos dla dziewczynek” to naprawdę pismo z misją. Pokazujemy w nim dziewczynkom, że mają przed sobą wszechświat możliwości, że mogą być sobą w każdym wydaniu. Chcemy nasze młodziutkie czytelniczki wspierać i budować w nich poczucie własnej wartości. Aby w czas dojrzewania, a potem w dorosłe życie, wkraczały wierne sobie, swoim uczuciom i pasjom. I wierzymy, że język nie tylko powinien być spójny z tym przekazem. Chodzi o coś więcej. Sam język też JEST przekazem. Dlatego tak ważną rolę odgrywają w nim żeńskie końcówki.

Architektka? Politolożka? Naukowczyni? Kto to słyszał?!

Gdy bliska tobie dziewczynka obchodzi siódme, ósme, dziesiąte urodziny – ma życie przed sobą. Tak wiele opcji do wyboru – i jeszcze żadna furtka, jak się wydaje, nie jest zamknięta. Chciałoby się wtedy powiedzieć dziewczynce: „możesz być, kim zechcesz!”. Śmiało – sky is the limit!

Bywa, że w oczarowaniu tym poczuciem omnipotencji zadajemy dziewczynkom top pytanie z naszego dorosłego świata: „Kim chcesz zostać w przyszłości?”. Oczywiście – „Kosmos” chce, aby dziewczynki, gdy dorosną, zostały sobą. I aby myśląc o przyszłości, zastanawiały się, co jest dla nich ważne i jakimi chcą być osobami.

Ale gdy już przyjmiemy w naszym top pytaniu pracocentryczną perspektywę – lądujemy w rankingu zawodów. I od razu potykamy się o kłodę, której nie chcemy przed dziewczynkami rzucać.

O męskie formy.

Sięgnijmy do uzusu. Gdy myślimy o potencjalnych profesjach, w których żeńska forma jest najbardziej oczywista – lądujemy w dość wąskim zestawie.

Nauczycielka, aktorka, fryzjerka, malarka, pisarka, poetka, sekretarka, pielęgniarka – te słowa przychodzą nam gładko. Architektka, inżynierka, wynalazczyni, naukowczyni – już mniej oczywiste. Architektka? KTKA? Naprawdę?

Dalej: politolożka, psycholożka, doktora (doktorka), astrobiolożka, nanotechnolożka, archeolożka – o, to już wymagające. Czasem feminatywy z tej grupy spotykają się z kpinami. Politolożka brzmi jak papużka – ileż razy to słyszałam! Użycie tych form naprowadza odbiorcę lub odbiorczynię na szufladki (ta politolożka pewnie porzuciła dziatki i spaliła stanik!).

Bywa, że wymienione feminatywy budzą odruchowy sprzeciw, pogardę, wręcz wrogość. Jeśli ten tekst zostanie opublikowany w mediach społecznościowych – z pewnością znajdziemy przykłady takich reakcji w komentarzach.

Aby nie zostać posądzonymi o mizoginię, osoby wojujące z feminatywami najczęściej przybierają szaty językowych purystów i purystek. I pochylają się na przykład z ubolewaniem nad konsternacją, jaką ma budzić wieloznaczność słów. Bo pilotka to przecież czapka, zauważają odkrywczo – ale już jakoś nie ma obaw, że pilot samolotu pomyli się z urządzeniem sterującym telewizor. Podobnie z adwokatką: owszem, to słowo oznacza również rodzaj płaszcza. Ale przecież przyznajmy: nikt nie weźmie adwokata-prawnika za likier jajeczny!

Innym problemem osób, które decydują się na krytykę feminatywów z pozycji obrońców języka, jest nagromadzenie spółgłosek. Na przykład w słowie chirurżka: na Jowisza, jak taki zbitek głosek wymówić?

Rada Języka Polskiego w swoim oficjalnym stanowisku popierającym stosowanie feminatywów zauważa, że Polacy i Polki jakoś nie mają kłopotu z wypowiadaniem słów takich jak zmarszczka czy bezwzględny. A już wyrazy takie jak rżysko albo dżdży w miłośniczkach i miłośnikach polszczyzny budzą wręcz czułość.

Język, jak wiedzą wszystkie jego entuzjastki i entuzjaści, jest żywy i chłonny, bogaci się z każdą nową potrzebą tych, którzy go używają. Próby konserwowania go na ogół są skazane na porażkę w konfrontacji z uzusem. A właśnie uzusowi warto się bliżej przyjrzeć, żeby zrozumieć rzeczywiste przyczyny walki z feminatywami. I zarazem przyczyny, dla których potrzebujemy z jeszcze większą konsekwencją walczyć o to, by używanie żeńskich końcówek stało się dla dziewczynek oczywistością.

Majsterka jak czarny bocian

O co tak naprawdę chodzi z feminatywami? Najlepiej widać to, gdy nałoży się językową optykę na rzeczywistość społeczną. Bo oczywiście najtrudniej jest nam przyjąć feminatywy w tych obszarach i zawodach, które od wieków były – i są nadal – zdominowane przez mężczyzn. Posłanka już jest oswojona, mamy wszak 28 procent kobiet w parlamencie (choć wciąż zdarza się, że jakaś posłanka domaga się, aby nazywać ją posłem). Ministra (czy ministerka) są mniej oczywiste – to znów zrozumiałe, kobiet na tym stanowisku jest o wiele mniej.

Prezydentka państwa – o, to w Polsce jeszcze się nie zdarzyło. Czy można dziwić się, że do uzusu trudno wejść słowom, które NIE MAJĄ i NIGDY NIE MIAŁY w naszym kraju desygnatu?

Sekretarka i nauczycielka są dla nas zupełnie oczywiste z tej prostej przyczyny, że są to zawody sfeminizowane – w Polsce i na świecie pracują całe zastępy sekretarek i nauczycielek. Słowo „pielęgniarka” przychodzi nam gładko. Chirurżka – już nas zadziwia.

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!

Zapoznaj się z najnowszym 45. numerem magazynu „Kosmos Dla Dziewczynek”

NR 45 / DO DZIEŁA!

Jedną z kobiet z mocą w „Kosmosie dla dziewczynek” była inżynierka, kierowniczka budowy. Opowiadała, jak bardzo zdominowany przez mężczyzn jest jej zawodowy świat. Jak trudno było jej się przebić jako kobiecie. Mówiąc o swojej drodze życiowej, wspominała swą satysfakcję, gdy została majstrem. „Majsterką”, chciałyśmy napisać. I okazało się, że to dla niej nie do przyjęcia! W środowisku pełnym Panów Majstrów – zabrzmiałoby to niepoważnie, deprecjonująco. Tym bardziej, że sufiks „ka”, z pomocą którego tworzy się żeńskie końcówki – służy też do tworzenia zdrobnień. „Prezeska” może wydać się takim drobniejszym prezesem. „Inżynierka” – miniaturową wersją inżyniera. A przecież znaczenie tych słów zupełnie takie nie jest! I im więcej będzie kobiet w zawodach i na stanowiskach zdominowanych dziś przez mężczyzn – tym bardziej to będzie dla wszystkich oczywiste.

Dopóki jednak oczywiste nie jest – pozostaje nam budowanie nowych możliwości poprzez słowa. Kierowniczka budowy z „Kosmosu” zgodziła się w końcu, by napisać, że jest inżynierką. Przekonał ją argument, że dziewczynkom może to pomóc iść w jej ślady. Ba, nawet ułatwić im drogę. Bo przecież jeśli dziewczynka nie może nawet POWIEDZIEĆ, że będzie majsterką, chirurżką, inżynierką – jak może myśleć, że to dostępna dla niej ścieżka? Jeżeli słowo „ministra” jest dla nas problemem – jak możemy zachęcać dziewczyny, aby w przyszłości kierowały resortami?

Jeśli odrzucamy feminatywy, odrzucamy też całą przebogatą pulę aktywności, stanowisk i zawodów, które mogłyby wybrać nasze dziewczynki, gdy dorosną i staną się kobietami. Miejmy tego świadomość!

A może ktoś uważa, że wystarczy powiedzieć „kobieta prezydent” czy „pani adwokat” i zwrot ten zadziała na dziewczynki równie sprawczo? Jeśli tak, to zapraszam do zapoznania się z eksperymentem ze szkolnej ławy. Z badaniem, które jest jak powiedzenie: „sprawdzam!”.

Feminatywy jak samospełniająca się przepowiednia

Słowo ma moc stwarzania – z tego twierdzenia wyrasta nasza cywilizacja. Jeśli coś NAZYWAMY, dajemy temu prawo do istnienia. I odwrotnie, jeśli nie mamy słów opisujących dane rzeczy czy zjawiska lub jeśli zabraniamy takim słowom się rodzić – to odmawiamy danym rzeczom i zjawiskom prawa do istnienia.

Jeśli chcemy sprawdzić, czy te Twierdzenia przez wielkie T mają zastosowanie do dziecięcego świata – musimy sprowadzić je z wysokich rejestrów na ziemię. Konkretnie – do wybranych klas 1–8 w polskich szkołach podstawowych. W tychże klasach Bank BNP Paribas przeprowadził badanie, które sprawdzało, czy posługiwanie się końcówkami męskimi lub neutralnymi rodzajowo zmienia wśród dzieci postrzeganie osób wykonujących różne profesje. Uczniów i uczennice poproszono o narysowanie postaci. W pierwszej grupie postaci te opisywano maskulinatywami. „Narysuj naukowca”, usłyszały dzieci. W grupie drugiej stosowano określenia neutralne płciowo. Narysuj osobę wykonującą eksperymenty naukowe. Osobę, która pilotuje samolot. Która chodzi w mundurze i łapie złodziei.

Zostańmy przy przykładzie z naukowcami, bo w każdym innym wyniki są podobne. 98 procent chłopców w pierwszej grupie narysowało naukowców – mężczyzn. W drugiej grupie – już tylko 79 procent. To znaczy, że aż 21 procent chłopców z drugiej grupy dopuszczało możliwość, że osoba wykonująca eksperymenty naukowe to kobieta. Jeszcze bardziej ośmielająco ten pozorny niuans językowy zadziałał na dziewczynki. „Naukowiec” to dla 65 procent z nich mężczyzna. „Osoba wykonująca eksperymenty naukowe” – to dla 64 procent dziewczynek kobieta!

Przypomnę: mówimy tu o dziewczynkach w kraju, gdzie aż 86 procent maturzystek nigdy nie słyszało o kobiecie naukowczyni, a 81 procent o kobiecie inżynierce. Jeżeli chcemy, aby ten stan rzeczy się zmienił – potrzebujemy feminatywów wszędzie tam, gdzie chcemy widzieć kobiety. Aby słowa mogły zadziałać jak samospełniające się przepowiednie.

Od ironistki do obywatelki

Rodząc się, dziewczynki przychodzą na świat męskocentryczny. I widać to w języku.

W przepisach prawnych, instrukcjach, encyklopediach, podręcznikach – wszędzie domyślną formą jest rodzaj męski. W pierwszym artykule Konstytucji czytamy, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli – nie obywateli i obywatelek. Dalej poszczególne zapisy objaśniają, jakie prawa, wolności i obowiązki ma obywatel – nie obywatelka. Z instrukcji i ulotek medycznych dowiadujemy się, co może przydarzyć się pacjentowi – nie pacjentce. W dawniejszych książkach politologicznych i filozoficznych śledzimy spór między empirykiem a racjonalistą, dostajemy rozważania na temat liberała, konserwatysty, socjalisty. W wielu językach słowa „człowiek” i „mężczyzna” brzmią tak samo; snując rozważania o tym pierwszym, o kondycji ludzkiej – używa się automatycznie formy męskoosobowej.

Czy to dla kobiet przeszkoda nie do przeskoczenia w śledzeniu tego typu rozważań? Oczywiście, że do przeskoczenia. Czy czują się adresatkami aktów prawnych, tekstów filozoficznych i wszelkich instrukcji, mimo że nie ma w nich formy żeńskiej? Oczywiście, że się czują. A nawet przy pewnej dozie luzu i autoironii z rozbawieniem punktują sytuacje, gdy o „pacjencie” pisze się na oddziałach położniczych.

Kobiety mają od pokoleń wyćwiczoną językową elastyczność. Automatycznie wykonują w głowie operację, która pozwala im brać do siebie komunikaty formułowane w rodzaju męskim – i jednocześnie nie odczuwać nie tylko zaburzeń tożsamości, ale nawet choćby lekkiego dysonansu.

Czy ta sama operacja może zadziałać w drugą stronę? Pamiętam swoje oczarowanie, gdy pierwszy raz czytałam tekst filozoficzny napisany poza paradygmatem męskocentrycznym. Otwierałam szeroko oczy, poznając postać liberalnej ironistki stworzonej przez Richarda Rorty’ego. Jak prosty zabieg językowy może być wyzwalający! Jak bardzo może poszerzyć obraz świata! Oczywiście czytający o ironistce mężczyzna musi wykonać w głowie prosty zabieg przeniesienia identyfikacji płciowej – ten sam, do którego kobiety są tak przyzwyczajone, że nawet go nie zauważają. Z tego zabiegu płyną oczywiście korzyści. Zwiększenie wzajemnego rozumienia, otwarcie się na nowe perspektywy. Jednak o ile prościej byłoby nie musieć cały czas tego robić!

W dwumiesięczniku wszystkich dziewczynek (i reszty świata) proponujemy ten sam zabieg czytającym „Kosmos” chłopcom. Treści, jakie podajemy, są absolutnie uniwersalne. Jednak formą językową, jaką się posługujemy, jest rodzaj żeński. Zapraszamy więc chłopców do tej samej operacji, jaką w głowach wykonują wszystkie dziewczynki i kobiety na co dzień. Czy chłopcy w to wchodzą? Niektórzy tak. Czytają „Kosmos”, nawet przysyłają nam listy. Czy jest to dla nich tak łatwe i oczywiste jak dla dziewczyn? Na pewno nie. Widać tę trudność na przykładzie literatury. Jak twierdzi Anna Czernow, prezeska Polskiej Sekcji IBBY, znawczyni książek dla dzieci – z rozmów z czytelnikami i czytelniczkami wynika, że dziewczęta nie mają oporów, by sięgnąć po książkę, w której bohaterem jest chłopiec. Natomiast spora część chłopców nie chce sięgać po teksty, gdzie bohaterkami są dziewczynki.

Wiemy, że dziewczynki są zaprawione w boju, jeśli chodzi o obcowanie z męskimi końcówkami – ale w „Kosmosie” celowo tworzymy dla nich świat, gdzie zaprawione w boju być nie muszą.

Zwracamy się do nich w formie żeńskiej, na każdej stronie. Język powinien być przezroczysty, więc większość czytelniczek nawet tego nie zauważa. Po prostu bierze do siebie to, co żeńska forma niesie. Poczucie przynależności. Akceptację. Nobilitację dziewczyńskości. Wzmocnienie i poczucie, że różne drogi są dla nich. Czyli to wszystko, co chcemy im dać. I co z taką uważnością w języku zaszywamy.

Czasem – rzadko się zdarza, ale jakie to jest wynagradzające! – dziewczynki dostrzegają także sam język. I świadomość spójności także im przynosi ulgę. Jedna z czytelniczek, Gaja, lat 8, tak skomentowała ostatnio nowy numer „Kosmosu”: „Wreszcie zwracają się do mnie jak trzeba. Na przykład: czy widziałaś. A nie jak w podręczniku: zrobiłeś, obejrzałeś, przeczytałeś”. No właśnie!

Mówmy i piszmy tak do dziewczynek. Męskie końcówki to bariery, których nie musimy przed nimi stawiać. To tak niewiele kosztuje. A tyle im daje!